19.10
Sama nie wierzę, że to piszę, ale muszę przyznać Józefowi rację. Ludzie mają mnóstwo wolnego czasu i nie wiedzą, co z nim zrobić, więc łażą po zabytkach, żeby czymś się zająć i chociaż na chwilę wyjść z domu. Oprócz tego czytają brukowce, głównie „Błyskawicę". A ponieważ najwyraźniej u żadnej czeskiej gwiazdy nie wydarzyło się ostatnio nic ciekawego, wczorajszy sobotni dodatek redakcja gazety poświęciła dramatycznej analizie mojej skomplikowanej sytuacji sercowej. Artykuł nosi tytuł NA CO TA DZIEWCZYNA CZEKA?, a redakcja nawet nie próbuje ukrywać, że kibicuje Markowi. „Błyskawica" wręcz nie może pojąć, dlaczego nie potrafię wybrać między „podniebnym miliarderem posiadającym własny archipelag i jacht o wielkości lotniskowca a żebrakiem w potłuszczonej starej kurtce i dziurawym kombinezonie roboczym". Autor/autorka (tekst jest podpisany inicjałami dt) uważa, że powinnam udać się na badania, żeby sprawdzić, czy przypadkiem nie przechodzę właśnie zapalenia opon mózgowych.
Dla pewności proponuje pobranie również próbki DNA w celu zbadania, czy aby nie jestem pozaziemską formą życia, pochodzącą z planety o nazwie „Debilizm". Wyjątkowo tendencyjnie wyglądają również zamieszczone obok siebie zdjęcia Marka w galowym mundurze porucznika Królewskich Holenderskich Sił Powietrznych i umorusanego Maksa, zajadającego w lesie przy ognisku jakieś upieczone zwierzę. Nie wiem, skąd wytrzasnęli tę fotografię i czy jakoś ją obrobili w Photoshopie, ale Maks i jego koledzy z pracy wyglądają na niej jak banda neandertalczyków. Autor artykułu twierdzi, że w samych Czechach jest tak wielu biedaków z błękitną krwią, że można by nimi zapełnić stadion piłkarski. Nie jestem w stanie ocenić, czy to prawda, ale jeśli tak, to nasza rodzina również znalazłaby się na tym stadionie.
Wprawdzie za swoje brylanty mogłabym zgarnąć „milion czy dwa", ale NIGDY ich nie sprzedam ani nie zaniosę do lombardu, zatem jest to „kapitał martwy", niepodlegający „reanimacji".
Wiadomość dla ewentualnych przyszłych pokoleń
Na wieki przeklęty zostanie ten, kto sprzeda
czy, nie daj Boże, podaruje komuś jakikolwiek klejnot
z pancernego kuferka marki Louis Vuitton.
Dotyczy to również celów tak wzniosłych,
jak na przykład pomoc głodującej Afryce.
Biada wam!!!
Maria III, obecnie prawdopodobnie
strasząca na Kostce.
PS Jeśli pomimo tego ostrzeżenia znalazłby się
jakiś osioł, który by to uczynił, zamienię jego życie
w piekło, niezależnie od tego, gdzie „skitra"
moje skarby.
Trochę odbiegłam od tematu. Niby mogłoby mi być obojętne, co stanie się po mojej śmierci z tymi błyskotkami, ale na samą myśl o tym, że mój diamentowy diadem wkłada na głowę jakaś nowobogacka pokraka, robi mi się niedobrze.
Do wywołania tej „medialnej zawieruchy" otwarcie przyznała się Helena. Według niej nasze reality show robi się monotonne i zależało jej na tym, żeby trochę je ożywić. Powiedziała, że podobny artykuł ukaże się również w jednej z holenderskich gazet, ponieważ Mark jest w Holandii „obiektem publicznego zainteresowania". Wolę nawet nie myśleć, jak będzie wyglądać tamtejszy tekst, skoro większość prasy należy do imperium rodziny Marka.
Nie wiem, czy któregokolwiek z dzisiejszych zwiedzających rzeczywiście interesowały wnętrza i eksponaty naszego zamku. Zresztą to nie jest akurat żadna nowość, bo nie interesowały ich one nigdy. Jak mawia Józef, dla nich liczy się tylko każda godzina spędzona poza domem. Według naszego kasztelana jest to hasło przewodnie współczesnej turystyki masowej. Lecz dziś turyści nie przypominali otępiałego stada muflonów wlekących się po „nieskończenie długiej" trasie. Wyglądali raczej jak inwazja ciekawskich koczkodanów.
Wprawdzie nie otwierali szuflad barokowych sekretarzyków i nie huśtali się na żyrandolach, ale za to przejawiali zainteresowanie „intelektualne". Po przeczytaniu „Błyskawicy" przygnali, by na własne oczy zobaczyć, jak to ujęła pewna wyjątkowo natrętna paniusia, hrabiankę z rozdartym sercem. Tyle że ja bynajmniej nie zamierzałam przy nich niczego rozdzierać. Oprowadziłam jedną grupę (co oczywiście zostało uwiecznione na taśmie filmowej), po czym wsiadłam na konia i czmychnęłam z zamku.
Kiedy niedawno „Błyskawica" snuła rozważania na temat mojego rzekomego samobójstwa, a ludzie chcieli kupić sobie kawałek sznurka, na którym zawisłam, fotografowali się ze mną przy trumnie i polecali mi swoich psychiatrów i różne medykamenty, dało się to jeszcze jako tako wytrzymać, choć bywało to chwilami męczące. Dziś wystarczyło mi dziesięć minut i naprawdę chciałam się powiesić. Odkąd weszłam do westybulu, musiałam stawiać czoła lawinie pytań, rad i „mądrości życiowych", które niemal natychmiast wywołały u mnie kolejną arytmię serca. Nawet wieczorem, po powrocie z całodniowej „przejażdżki uspokajającej", miałam według oksymetru pana Spocka saturację tak niską, jakbym żyła na Marsie bez maski tlenowej.
Kiedy zagnałam swoją grupę „doradców" do pokoju Helenki Vondraczkovej i ujrzałam jej zdjęcie ślubne, zakręciło mi się w głowie. Zakończyłam zwiedzanie i na przekór protestom Heleny galopem opuściłam dziedziniec zamku. Całodniowa wycieczka pomogła mi prawdopodobnie również dlatego, że mój koń nie potrafi mówić. Gdyby doradzała mi jeszcze jakaś natrętna szkapa, to pewnie „znów" bym się powiesiła.
W odróżnieniu od przejażdżki w zeszłym tygodniu, którą mój koń wskutek ciągłych stresujących bodźców przebiegł prawie całą na tylnych nogach, a ja się umęczyłam, jakbym ręcznie przez cały dzień podnosiła i opuszczała łychę koparki, dziś zwierzę było posłuszne i wypełniało moje polecenia tak wzorowo, że ani razu nie musiałam go wyzywać od idiotów. Było to niezwykle przyjemne przeżycie. Może resztę życia powinnam spędzić na końskim grzbiecie? Z drugiej strony: średniowieczni Tatarzy i Mongołowie na koniach nawet spali, a mimo to z równowagą psychiczną mieli tyle wspólnego co Adolf Hitler w 1945 roku.
Wróciłam po zmroku, zaparkowałam konia w stajni, a potem jeszcze przez pół godziny obserwowałam przez szparę we wrotach dziedziniec honorowy, żeby się upewnić, że wszystkie „koczkodany" pożegnały już Kostkę. We wszystkich oknach było ciemno i panowała absolutna cisza, więc wydawało się, że Kostkę opuścili również moi towarzysze niedoli wraz z psami. Skrzypienie schodów pod moimi stopami słychać było w całym zamku, a ja na piątym stopniu zaczęłam się zastanawiać, którędy uciekać, gdy pojawi się przede mną facet w kasku hokejowym i z włączoną piłą motorową. Na szczęście nie doszło do żadnej masakry, choć wszyscy leżeli jak zabici. Oddychali. Było wpół do siódmej wieczorem, a cała załoga Kostki w większości chrapała. Nikt nie dał rady włożyć piżamy. Milada i matka przynajmniej zdjęły buty. „Martwa" była nawet Deniska, która przecież, podobnie jak Nowy Jork, nigdy nie zasypia. Jedynym czuwającym stworzeniem, na jakie natrafiłam, była kamerzystka Ema. Leżała w swoim pokoju na podłodze i oglądała na monitorze swoje dzisiejsze „łupy". Po raz pierwszy widziałam ją bez kamery. Oczy miała wytrzeszczone jak surykatka, ale możliwe, że to efekt tego białego proszku, który wciągała z grzbietu prawej dłoni. Niemniej wyrażała się dość zrozumiale. Powiedziała, że ostatnio taką jazdę z kamerą jak ta dzisiejsza przeżyła podczas nagrywania filmu dokumentalnego o dilerach narkotyków, podczas którego kilka razy brała udział w ulicznej strzelaninie. Wprawdzie dziś na Kostce nikt nie sięgnął po broń, ale i tak było „brutalnie". Podekscytowane muflony wciąż pytały o coś jak najęte. Właściwie to nie o coś, tylko o mnie, Maksa i Marka. Zadawały dziwaczne pytania i czuły potrzebę wyrażania swoich opinii i odczuć. Gdybym została w zamku, pewnie to ja chwyciłabym za piłę motorową. Chyba klimat dzisiejszego zwiedzania najlepiej oddaje filmowe ujęcie Józefa, który zamiast zwyczajowego przywitania zwiedzających w westybulu pyta głosem umierającego:
– Chcecie zobaczyć, jak mi pęka czaszka?
Po tych słowach muflony trochę straciły rezon, spojrzały po sobie, a potem jeden z nich odpowiedział:
– Tak, chcemy.
Na to Józef odparł:
– W takim razie naszykujcie aparaty fotograficzne i zadajcie mi jakieś pytanie, na przykład… – Skrzywił twarz i jęknął boleśnie. – Kogo w końcu wybierze Maria? To pytanie słyszałem dziś dopiero milion razy.
Przez kilka sekund muflony znów wymieniały między sobą niepewne spojrzenia, po czym głos zabrała najmniej rozgarnięta członkini stada:
– W takim razie o co niby mamy spytać?
Józef chwycił się za głowę i pobiegł po schodach na górę. Zza kamery słychać było komentarz Heleny:
– Uwielbiam tego faceta!
Teraz przyszło mi coś do głowy. Na pewno jakiś filmowy efekt mógłby sprawić, że Józefowi „naprawdę" wybuchłaby głowa. Chociaż w sumie nie wiem, czy nie wybuchła, kiedy wrócił do swojego „apartamentu". Pukałam do jego drzwi przez kilka minut, raz je nawet kopnęłam, ale nikt mi nie otworzył.
Oprócz Józefa odpadła przed południem również matka, lecz ona nie z powodu zmęczenia, tylko dlatego, że nikt nie chciał z nią rozmawiać o „uczuciowym trzęsieniu ziemi", jakie przeżywa od śmierci księżnej Diany. Po prostu nikogo nie interesowała. Na pytanie, którego kawalera wybrałaby dla swojej córki, odparła: jakiegoś nowojorczyka.
Natomiast po południu zacięło się nawet dotychczas niezniszczalne perpetuum mobile: Deniska. Nagle przestała się pojawiać na ekranie, jakby została nagle wykreślona ze scenariusza. Wcześniej zdążyła zapoznać stada muflonów ze swoim ujęciem problematyki wyboru partnera życiowego. Według mojej guwernantki nie ma znaczenia, którego „gnoja" sobie kobieta wybierze, bo tak czy inaczej przeżyje z nim kosmiczne psycho. O dziwo, większość turystek przyznała jej rację.
Ja jeszcze nie wiem, którego „gnoja" sobie wybiorę, ale jest już niemal pewne, że czeka mnie dożywocie w towarzystwie Deniski. A prawdziwym psycho będzie życie w trójkę.
Bohaterką dzisiejszego dnia została Milada, która pod nieobecność wszystkich uciekinierów (łącznie ze mną) sama oprowadzała ogromne stada muflonów i tylko dzięki niej nie musieliśmy oddawać pieniędzy za bilety. Przed chwilą do niej zajrzałam. Chyba ma koszmary, bo wierci się tak, że przewróciła przez sen szafkę nocną i ściągnęła poszwy z pościeli. Na szczęście ona pozostała w ubraniu. Tak czy inaczej, jutro jej podziękuję i ponownie zapewnię ją o swojej sympatii.
Oprócz dzisiejszego, dość nietypowego, zwiedzania Ema uwieczniła również odpowiedzi gości na pytanie: kogo powinna wybrać hrabianka? Większość pytanych kobiet radziła mi przed kamerą, żebym „kierowała się uczuciem". Mężczyznom było to obojętne. Jeden wyraźnie zmęczony życiem facet powiedział, że też kiedyś posłuchał głosu serca, a teraz ma na karku czwórkę dzieciaków, dwa psy, hipotekę, której nigdy nie da rady spłacić, oraz rozrusznik serca, choć nie skończył jeszcze czterdziestki. Na pytanie swojej żony, co niby chce przez to powiedzieć, odparł, że nic. W pamięć zapadł mi także pogląd pewnej korpulentnej kobiety:
– Na pewno nie tego Holendra, bo obcokrajowcy są śmieszni.
Jakieś półtorej godziny po moim powrocie w „sali projekcyjnej" pojawił się pan Spock, który dzień spędził zabarykadowany w domku w ogrodzie i opuścił go dopiero wieczorem, żeby „uzupełnić kalorie". Do oglądania dokumentu przyniósł piknikowy kosz pełen jedzenia, które zwinął z kuchni. Na widok tej jego „skromnej kolacji" poczułam wyraźnie, jak wokół pasa nadmuchuje mi się opona. Zanim wyszłam, przetłumaczyłam panu Spockowi pytanie Emy, czy chce „koksu". Pan Spock uniósł brwi, przełknął olbrzymi kęs i spytał:
– A na co mi koks? W kotłowni leży z dziesięć ton koksu, mam na niego alergię.
Nie wyjaśniłam Emie tego nieporozumienia wynikającego z pomylenia węgla z narkotykiem. Przetłumaczyłam tylko informację na temat alergii. Gdyby się rozniosło, że palimy w szklarniach kokainą, zjechaliby się tu „palacze" z całej Europy.
Na automatycznej sekretarce nie ma żadnych wiadomości. Faks też nie przyszedł.
Wciąż nie daje mi spokoju dylemat: czy powinnam i czy mogę dać numer „gorącej linii" również Maksowi, choć jej założycielem i fundatorem jest Mark? Czy mogłabym jakoś usprawiedliwić ten krok przed własnym sumieniem oraz ewentualnie przed Markiem, jeśli wpadłby mu w ręce billing? W jaki sposób?
Wpół do drugiej w nocy
Obudził mnie fortepian w sali głównej. W pierwszej chwili pomyślałam, że to jakieś zjawisko paranormalne albo halucynacja słuchowa, lecz niestety chodziło o coś dużo gorszego. Pan Spock zorganizował dla Emy recital składający się z jego udźwiękowionych diagnoz lekarskich. W zamku rozlegało się Maaam piasek w nerkach, są z tym same problemy. O dziwo, nikogo innego to nie obudziło. Wytrzymałam dwa utwory (Piasek w nerkach oraz Obita kość ogonowa, złamana kostka i amatorsko założony gips). Wpadłam do sali, żeby położyć kres temu muzykowaniu, ale pan Spock zaczął mnie błagać, żebym nie psuła jego pierwszej randki od czternastu lat. Randki? Dziewczyna z kamerą filmuje faceta śpiewającego o raku płuc i to ma być randka? Ema, nie odkładając kamery ani na chwilę, stwierdziła, że nasz ogrodnik śpiewa jak John Lennon, i spytała, o czym są jego teksty. Odparłam, że o miłości. Kiedy wychodziłam, nasz lokalny Lennon zaczął śpiewać kolejny „hit" dla zakochanych. Usłyszałam takie słowa jak gangrena, kikut i proteza ręki.
Arystokratka pod ostrzałem miłości. Część 2
Wszystko wskazuje na to, że oddajemy w Wasze ręce ostatni tom serii komediowej poświęconej perypetiom Marii Kostki z Kostki, czyli ostatniej arystokratki. Zamkowe życie podglądaliśmy przez okrągły rok i wraz z bohaterami tej szalonej opowieści przeżyliśmy wiele zwariowanych przygód. Zadbała o to pani Cicha, nieszczędząca sobie i innym swego orzechowego eliksiru, pan Spock, umil...
Spodobał Ci się fragment?
e-book · audio
e-book · audio
e-book · audio
e-book