Berta
Berta Koch była bardzo czystą kobietą. Tak pisano w prasie o córce Hansa Kocha, wytwórcy wędlin, gdy było już po wszystkim, a wieści o czystości mieszkanki malutkiego Langwaltersdorfu dotarły aż do Ameryki, bo artykuł na jej temat pojawił się w samym „New York Timesie” z 10 kwietnia 1939 roku. Na zamieszczonym zdjęciu policyjnym widać młodą dziewczynę o surowej twarzy i pięknych kościach policzkowych. Ma szeroko rozstawione, lekko skośne oczy. Jej mocno związane włosy przypominają gładką czapeczkę, ale jeden kosmyk wymknął się i skręcił jak spirala tuż nad czołem. Na biało-czarnej fotografii nie widać ani zieleni jej oczu, ani niezwykłego koloru włosów, ale można domyślić się, że była zdolna do wszystkiego, o co ją posądzono, i do wielu innych rzeczy, których spróbować nie miała okazji, żyjąc pod czujnym okiem ojca.
Przez osiemnaście lat spędzonych w wiosce niedaleko niemieckiego Waldenburga, który kilka lat po jej zniknięciu miał stać się polskim Wałbrzychem, Berta nie zapowiadała się na bohaterkę międzynarodowej historii. Córka martwej Winifredy i żywotnego ponad miarę Hansa Kocha uważana była raczej za dziwaczną niż piękną, zbyt skłonną do melancholii, by podobać się chłopcom i budzić sympatię dziewcząt. Zdarzało się, iż na zwykłe pytanie udzielała tak nieprawdopodobnej odpowiedzi, wyglądając przy tym na zamroczoną i daleką, że niektórzy posądzali ją o uszczerbek na rozumie. Inni skłonni byli jednak uznać jej ekstrawagancję za dziewczyńskie fanaberie, które przejdą, gdy wyjdzie za mąż, o ile nie będzie wybrzydzać jak jej ojciec wdowiec. O takich ludziach jak Berta mówi się, że żyją w swoim świecie, i córka Hansa Kocha mogłaby się zgodzić z taką definicją swojej osoby, bo świat innych często wydawał jej się doprawdy nieciekawy i pozbawiony sensu, w przeciwieństwie do tego, w którym poruszały się bohaterki czytanych przez nią romansów. Za każdym razem utożsamiała się z heroiną targaną namiętnościami, uwięzioną w okowach takich czy owakich, z których tylko prawdziwa miłość mogła ją uwolnić, a ta pojawiała się zawsze w odpowiednim momencie. Tego właśnie pragnęła kilkunastoletnia Berta i o tym pisała potajemnie w swoim dzienniczku, prezencie od młodej nauczycielki, która także była marzycielką.
Frau Schindlermeyer, którą do Langwaltersdorfu na parę lat rzuciło złamane serce, wyczuła, że i ta rudawa półsierota za kimś utraconym tęskni i że jej też najprawdopodobniej ktoś kiedyś serce złamie. Frau Schindlermeyer, absolwentka lipskiej Hochschule für Frauen, zanim zmuszona została porzucić wielkie ambicje, przez rok chodziła na tajne wykłady i poznała pobieżnie koncepcję Freuda, z której zapamiętała to, co boleśnie dotyczyło jej losu, a mianowicie, że poszukiwanie znanego bólu to dozgonne przekleństwo wszystkich, których zraniono w dzieciństwie. Frau Schindlermeyer podjęła się odprowadzania Berty do domu w te dni, kiedy nie miał jej kto odebrać ze szkoły, i szły wtedy razem przez wieś, co wprawiało dziewczynkę w dumę i zakłopotanie. Na tym odcinku od szkoły do mostu, przy którym Frau Schindlermeyer mówiła, Możesz już iść, ja będę patrzeć, Berta czuła się, jakby miała matkę. Nie to coś, straszne i niewyobrażalne, co spoczywało pod kamieniem na cmentarzu, lecz żywą, ruchomą, ludzką, patrzącą dwojgiem jasnoniebieskich oczu, jak ona, jej córka, przechodzi przez most. Czasem zatrzymywały się tam na chwilę, gdy akurat jechał pociąg do Mezimesti. W Mezimesti można się przesiąść do Pragi, wzdychała Frau Schindlermeyer, Pięknej Złotej Pragi. Złotej?, pytała Berta w rozmarzeniu, a oleiste ciało pociągu sunęło, gwiżdżąc ostrzegawczo, jakby świadome tęsknot, jakie wzbudza. Złotej, potwierdzała nauczycielka i liczyła ein, zwei, drei, a Berta z nią aż do fünfundzwanzig albo nawet sechsundvierzig. Pamiętaj, jeśli liczba wagonów jest parzysta, twoje marzenie się spełni. A jeśli nieparzysta, to nie, dodała nauczycielka i mała Berta miała wrażenie, że powierzono jej tajemnicę świata.
Na dziesiąte urodziny Frau Schindlermeyer podarowała jej gruby elegancki kajet i poleciła notować w nim najskrytsze myśli i pragnienia, czyniąc dziennik swoją powiernicą i przyjaciółką. Odważyła się także porozmawiać z Hansem Kochem, przekonując go, że Berta jest zdolna i mogłaby dalej się uczyć, ale ten wyśmiał ją, że córka od małego umie robić czarną kiszkę, więc nie potrzebuje egzaminu z budyniu, jak nazywano w tym czasie matury nielicznych dziewcząt, które poszły do szkół średnich, by i tak przymusowo uczyć się tam gospodarstwa domowego. Wkrótce potem nauczycielka znikła z Langwaltersdorfu, złamawszy sobie serce po raz wtóry na żonatym nauczycielu gimnastyki, poznanym na wiecu robotniczym w Waldenburgu.
Najskrytsze myśli i pragnienia Berty dotyczyły miłości, która sprawi, że zniknie towarzysząca jej od zawsze pustka, dotkliwa i przypominająca ssący odpływ gdzieś pośrodku jej istnienia. Doświadczywszy takiej miłości, wyobrażała sobie Berta, jednocześnie nabrałaby niezwykłej wprost wyrazistości i rozpłynęła się, ale w jakiś cudowny słodki sposób, jak miód w mleku. Wyrwana z upojnych zamyśleń, odpowiadała więc na przykład sąsiadce Liselotte Wagenknecht, pytającej, jak się Berta ma, że ma się dziś chłodno i rzecznie. Albo zamiast powiedzieć, że jest głodna, oświadczała, że ma w sobie wilka, i to takim tonem, że innych przechodził dreszcz, bo wilki, żyjące w lasach wokół wsi, stanowiły od zawsze źródło lęku.
Nocami Berta Koch otwierała swój pamiętnik i pisała urywane zdania, wśród których dramatyczne pytania o sens życia i okrzyki dziewczęcej rozpaczy dryfowały jak połamane gałęzie w nurcie nudnej codzienności. Słowem najczęściej używanym przez Bertę Koch było ojciec, bo ten stwarzał ją co dzień na swój obraz i podobieństwo. To on nauczył ją trudnej sztuki rozbierania świni i to po nim nazywała głód wilkiem. Mam wilka!, żartował, a siadając z nią do stołu i warcząc jak zwierzę, deklamował, Um elfe kommen die Wölfe, um zwölfe bricht das Gewölbe! Berta nie wiedziała, dlaczego wilki przychodzą o jedenastej i co to znaczy, że godzinę później otwierają się groby, a słowa ojca jednocześnie rozśmieszały ją i budziły grozę, ich melodia wyryła się w jej umyśle. Wyobrażała sobie, że godzinę po przyjściu wilków podnosi się cmentarny kamień, a spod niego wypełza jej matka, nieznana, upragniona, straszna.
Powtarzała, Um elfe kommen die Wölfe, um zwölfe bricht das Gewölbe, Magdzie Tabach, córce służącej Trudi, swojej mlecznej siostrze, i gdy ta też nauczyła się wierszyka, używały go jako zaklęcia i potwierdzenia ich przyjaźni. Um elfe kommen die Wölfe, mówiła Berta, Um zwölfe bricht das Gewölbe, kończyła Magda.
Trudi Tabach trafiła do Langwaltersdorfu w dniu śmierci Winifredy, z tobołkiem na plecach i kilkudniowym oseskiem, okazując się niespodziewanym wybawieniem dla wdowca i Berty, którą wykarmiła własną piersią. Trudno było o dobre i tanie pomoce do wszystkiego, bo młode dziewczyny coraz częściej uciekały do miasta, a Żydówek już się nie brało. Podejrzenia, że jest Żydówką, Trudi zbyła potoczystą wymową, zachwalając swe zalety i chęć pracy za półdarmo, a największym argumentem okazały się jej wielkie piersi pełne pokarmu i ręce tak silne, że dorównywała jej tylko Hermenegilde Mock, trudniąca się rwaniem zębów. Magda, stworzenie mocne jak perz, wrosło w życie Hansa i Berty, dziewczynki były nierozłączne i wiecznie spragnione swojego towarzystwa. I Trudi, i jej nieślubek wykazywały niezwykły dar językowy, naśladując akcent i intonację rozmówcy, zwłaszcza gdy chciały coś zyskać, czyli prawie zawsze. Zanim Berta dorosła, pojawiały się okresowo inne pomoce domowe, zawsze przyjezdne i jakoś niewyraźne, nieprowokujące plotek ani niebudzące sympatii, zapracowane kobiety pozbawione właściwości, jak rzeczy używane zbyt długo i niezgodnie z przeznaczeniem. W końcu Hans Koch korzystał już tylko z pomocy Trudi, pogodziwszy się z tym, że Magda Tabach wiecznie coś wpycha do buzi i pożera, zanim się człowiek zorientuje, gdzie położył niedojedzoną kromkę czy, co gorsza, kawałek kiełbasy. Nie mógł jednak dopuścić do tego, by u niego zamieszkały, więc podstępem, obiecując, że zabierze na tańce jego siostrę, starą pannę, skłonił właściciela pensjonatu „Storchberg”, by mimo dzieciaka przyjął Trudi Tabach na służbę za wikt i kąt. Alfreda Mittmanna przekonało to, że gdy Magda podrośnie, będzie miał dodatkowe ręce do pracy.
W domu był więc tylko on, ojciec o potężnym ciele i wielkich dłoniach, obdarzony dudniącym głosem i delikatnymi różowymi uszami, które pozwalał Bercie miętosić, kiedy była mała. Patrzyła wtedy zafascynowana, jak ich jasny kolor ciemnieje, gdy naczynia wypełniają się krwią, i te delikatne chrząstki stanowiły dla niej namiastkę matczynego ciepła. Ciągnij mocno, prosiaczku, zachęcał córkę Hans Koch, Ciągnij, aż urwiesz i będziesz miała ojca bez uszu, i śmiał się, aż podskakiwała z radości na jego potężnym karku. W takich chwilach, zwłaszcza jeśli wcześniej zaspokoiła głód kawałkiem czarnej kiszki lub kiełbasy przyprawionej czosnkiem i majerankiem, niczego jej nie brakowało.
Dopiero gdy urosła na tyle, by zacząć pytać o matkę, jej dziecięca beztroska zmąciła się, jakby ktoś w głąb serca Berty nasypał sadzy z koksowni w Waldenburgu. Czy wyjechała do Waldenburga? Może wcale nie umarła, lecz żyje w pięknym Waldenburgu? Niech ojciec jej powie, niech się przyzna, że kłamał. Gdy w porę jej nie spacyfikował obietnicą lub prezentem, kończyło się padnięciem na podłogę i wyciem, a gdy podnosił córkę, jej ciało było sztywne i wygięte w łuk. Darła się, że chce jechać do Waldenburga, do mamy.
Do Waldenburga uciekali za robotą przy węglu młodzieńcy z Langwaltersdorfu, by powracać w odwiedziny z oczami obwiedzionymi czarną kreską, co niektórym osobliwie przydawało urody i męskości. Ten to już miastowy, mawiano o nich z przekąsem. Czasem, choć o wiele rzadziej, trafiały tam dziewczyny, do pracy jako służące, za mąż i najrzadziej do szkół, po czym na ogół już nie wracały. W wietrzne zimowe noce można było wyczuć zapach miasta, ciepły węglowy powiew, budzący w małych chłopcach zew podziemnej przygody, a w dziewczętach głód przygód naziemnych, niedostępnych w cichym i nudnym Langwaltersdorfie. Do Waldenburga raz do roku przyjeżdżał cyrk i gdy Hansowi udało się skierować zainteresowanie Berty w tę stronę, oddychał z ulgą, bo pytań o żonę bał się najbardziej.
Pierwszy raz zabrał córkę do cyrku w Waldenburgu, gdy miała siedem lat, i odtąd marzyła, by jeszcze raz zobaczyć akrobatów i zwierzęta, zwłaszcza słonia, i by znów zjeść loda waniliowego na patyku, wysysając na koniec słodycz z kawałka drewna, który rozmiękał w jej ustach. Tę chwilę pełną słodyczy i ciepła zwierzęcego ciała, do którego przytuliła policzek, zapamiętała jako niemal doskonałe szczęście, bo czuła się wtedy tak, jakby miała matkę. Hans Koch zażartował nieopatrznie, że może zamówi jej słonia u Wędrownego Bułgara Kruma zwanego też Turkiem Nasrallachem i napytał sobie biedy, bo Berta wzięła to poważnie.
Cyrk, szarlatan ze swoim cygańskim wozem pełnym towarów i Görbersdorf za lasem, gdzie ściągali gruźlicy z całej Europy, a wiele osób ze wsi znajdowało zatrudnienie, to były tematy zastępcze, pozwalające odwrócić uwagę Berty od jej zmarłej matki, chociaż to właśnie w sanatorium Hans Koch spotkał Winifredę. Biała śmierć, jak nazywano gruźlicę, dla mieszkańców Langwaltersdorfu była źródłem zarobku, karmili jej paszczę swoimi plonami i wyrobami, a czasem dawali jej dzieci na pożarcie. Plujący krwią i flegmą półżywi kuracjusze lubili dobrze zjeść i się zabawić, wszyscy o tym wiedzieli, a biała śmierć przyczajona na karku sprawiała, że pojawiały się najdziksze pragnienia. Jednemu filozofowi z Berlina zachciało się białej trufli z Piemontu, innemu trzeba było sprowadzić ziele gojnika ze stoków Olimpu, kolejnemu w ścisłej tajemnicy przed lekarzami zamarzył się chłopiec lat około czternastu, koniecznie rudy, a jakaś dama z Moskwy nie mogła dłużej żyć bez indyjskich kadzideł o zapachu paczuli i specjalnej gruszki do intymnej irygacji, jakie wytwarzał tylko farmaceuta w Bernie. Przedsiębiorczy mieszkańcy Langwaltersdorfu pomagali półżywym spełnić te zachcianki, zarabiając w ten sposób na życie lub zarażając się chorobą, ale kto nie ryzykuje, ten nie je czarnej kiszki, jak mawiał Hans Koch. Ta mało wykwintna, lecz pożywna mieszanka kaszy i świńskiej krwi we flaku była jego ulubioną przekąską, w której przyrządzaniu osiągnął wielkie mistrzostwo. Wśród gruźlików rozeszła się plotka, podsycana przez cwanego Hansa, że krwawa kiszka i galareta ze świńskich uszu to potrawy obdarzone magiczną mocą, leczące przeżarte chorobą płuca.
Właśnie dla gruźlików i ich rodzin przeznaczona była największa część wyrobów mięsnych Hansa Kocha, które Berta od dziecka pomagała przyrządzać. Mięso, jego dzielenie, siekanie, przyprawianie to był jej świat. Chciała zatem wiedzieć, czy świnię boli, jak umiera? Czy boli gruźlików? Tak samo jak świnię? Czy inaczej? Czy ona też umrze na białą śmierć i jak wygląda ta biała śmierć, przed którą zarażeni bogacze z Europy uciekają do Görbersdorfu? Bo jeśli miałaby przyjść, to ona chciałaby, by była piękna. Jest? Na to ostatnie pytanie Hans Koch, uważający się za okaz zdrowia, oporny na prątki gruźlicy i poetyckie uniesienia, odpowiadał, wznosząc się na wyżyny wyobraźni, że biała śmierć wygląda jak chuda świnia i ma czerwone oczy. Żadna tam piękna! Słoniny na niej tyle, co kot napłakał. I co dalej? Co dalej?!, Berta aż podskakiwała z ciekawości. Kiedy człowiek ją zobaczy, powinien zasłonić twarz dłońmi i bardzo szybko powiedzieć trzy razy, Precz ode mnie, chuda świnio, niech cię zeżrą wilcy, wytłumaczył jej ojciec, zadowolony z tego konceptu, ale jego myśli znów szybowały swoimi drogami w kierunku pewnej miłej blondyneczki z Friedlandu i elektrycznej maszyny do kiełbas, których pożądał równie mocno.
Pytań córki o to, skąd się wzięły wilki w lasach wokół Langwaltersdorfu i czy to prawda, że zjadają ludzi, już Hans nie usłyszał, choć to go akurat interesowało, jak wszystkich we wsi. Nagłe zwiększenie wilczej populacji stanowiło gorący temat od czasu, gdy kilka lat po wielkiej wojnie drapieżniki zjadły jej weterana Wernera Wagenknechta, a potem jeszcze trzy osoby. Aby uniknąć takiego losu, inwestowano w antywilcze amulety od Wędrownego Bułgara Kruma zwanego też Turkiem Nasrallachem, który co lato przybywał do wsi z wozem pełnym towarów. Najskuteczniejsza była cebula morska, drimia maritima, którą we wsi nazywano ckliwicą i używano też jako trutki na szczury. Czy ten amulet działa też na złych ludzi? Jak ich poznać?, chciała wiedzieć Berta, wąchając ckliwicę, i Hans Koch, mimo iż trochę znudzony pytaniami córki, czuł się zarazem ważny i wielki, bo to on przecież powołał to istnienie na świat. Ją, różowego prosiaczka, jego miłość i własność.
Za młodu Hans Koch pracował w tkalni lnu we Friedlandzie, jak wszyscy mężczyźni z jego rodziny i wielu z wioski, lecz po skończonej w Waldenburgu szkole zawodowej szybko został majstrem, a nie jednym ze zwykłych roboli, którymi pogardzał. Przyrządzanie wędlin, którego nauczyła go matka, przynosiło dodatkowy, i to niemały, zarobek, a także dawało mu poczucie wyższości, bo uważał przetwarzanie mięsa za zawód godny prawdziwego mężczyzny. W końcu rzucił się na głęboką wodę i zrezygnował z pracy w tkalni, mimo iż cała rodzina była temu przeciwna. Marzeniem Hansa Kocha była prawdziwa kariera w branży mięsnej i monopol na dostarczanie wyrobów masarskich do Görbersdorfu. W wyobraźni widział wóz konny albo nawet automobil z napisem Hans Koch. Najprzedniejszy garnitur garmażu. Usłyszał to określenie od jednego z doktorów, Polaka, mówiącego wysoką niemczyzną, i zapamiętał jako szczyt kulinarnego wykwintu. Marzenia Hansa oklapły po śmierci żony, gdy został sam z córką, a zaczęły się coraz śmielej odradzać, gdy Berta wyrosła na jego pomocnicę. Była bystra, pojętna, silna i obdarzona sprawnymi dłońmi, prawie jak chłopak. Już w wieku sześciu lat siekała cebulę jak mała maszynka, a do tego nie bała się krwi. Wysoka, jasnowłosa i jasnooka przypominała Hansowi jedną z tych piękności, które coraz częściej pojawiały się w prasie jako przykład prawdziwych Niemek, mimo iż co najmniej połowa kobiet z okolicy wyglądała inaczej. Ale są kobiety i są skundlone suki, mawiał ojciec Berty Koch, przekonany, że tylko te o jasnych włosach i karnacji zasługują na to pierwsze miano. Miał nadzieję, że z czasem włosy Berty stracą swój rudy odcień, a oczy staną się spokojniejsze, skupione na tym, co powinno przyciągać wzrok normalnej córki i kobiety.
Gdy Hans Koch miał dobry humor, łaskotał córkę w boczki, pod paszkami, i żartobliwie nazywał części tuszy swojego prosiaczka, by już za młodu dobrze przyswoiła sobie wiedzę na temat karkówki czy schabu, niezbędną, by z nim pracować. Berta lubiła jego pieszczoty, dotyk wielkich ciepłych dłoni, czasem wołała, Przestań!, gdy już się prawie dusiła ze śmiechu, albo, Nie chuchaj!, gdy owionął ją jego oddech piwosza i mięsożercy. Na początku to jej wystarczało, miała ojca, Trudi i mleczną siostrę Magdę, lecz ziarno wątpliwości posiała w niej ta ostatnia, czarnowłosa, silna istotka, której nie imały się żadne choroby wieku dziecięcego, jakby mikroby wiedziały, że w organizmie nieślubnej córki służącej nikt nie poświęci im należytej uwagi. Gdy Trudi Tabach sprzątała, jej córka plątała się pod nogami, wyjadając okruchy i denerwując Hansa Kocha jak świński włos w galarecie. Znosił przyjaźń dziewczynek, choć jego zdaniem Magda Tabach nie była dla Berty odpowiednim towarzystwem, nawet jeśli Trudi utrzymywała, że nazywają się Taback, a w papierach to pomyłka. Nieuk, kocmołuch, a do tego ciągle przygarniała jakieś brudne kundle albo kociaki, których musiał się pozbywać, co robił po cichu, by nie patrzeć na dziewczęcą histerię, jak wtedy, gdy utopił cały miot i zostawił w sieni wiadro z sześcioma trupkami. Berta tylko patrzyła zogromniałymi oczami, ale Magda rozdarła się jak opętana, więc strzelił ją w łeb, aż wpadła na ścianę i się zatkała, próbując złapać oddech. Zobacz, któregoś dnia Magda pokazała Bercie spółkujące pod domem psy. Czarna suka Alfreda Mittmanna uginała się pod ciężarem łaciatego przybłędy, którego ulubienica Magdy, wielkie zwierzę o jednym uchu czarnym, drugim białym, odgoniła kłapnięciem wilczej szczęki. Ten pod spodem to mamusia. A na wierzchu tatuś. Co one robią?, spytała Berta. Nie wiesz? Wsadził jej i będą małe pieski! Wyjaśniłaby więcej, ale dostała w pysk od matki, przestraszonej, że Hans Koch, i tak mający jej zdaniem kuku na muniu na punkcie córki, dowie się o jej przez Magdę zepsuciu.
Ale to już się stało. Im mniej Hans Koch i jego wędliny interesowały kiedyś tak chętne do pomocy dziecko, tym mocniej skłaniało ono swój umysł w stronę tego, czego ojciec nie mógł mu dać. Na pytanie, gdzie teraz jest mamusia, Hans Koch miał gotową tylko wstępną odpowiedź, tę, którą sam usłyszał w dzieciństwie, gdy chciał wiedzieć, co stało się z bratem, zamkniętym w trumnie i pogrzebanym po nieudanym salcie do wezbranego potoku Steine. Poszła do nieba, mówił więc córce i najpierw wznosił głowę, a potem opuszczał z ponurym westchnieniem, które Berta nauczyła się naśladować, tak jak on kiedyś przejął je od swojej matki. To jednak szybko przestało wystarczać. Jaka była mamusia?, chciała wiedzieć. Okazało się to dla ojca jeszcze trudniejsze, bo kompletnie nie wiedział, co powiedzieć, oprócz paru podstawowych faktów. Winifreda była pielęgniarką w zakładzie doktora Brehmera i to tam wyłowiło ją, delikatną i czystą, oko Hansa Kocha, ale niedługo cieszył się zdobyczą. Biedna Winifreda, poślubiwszy upartego adoratora w protestanckim kościele, zmarła w połogu w wieku lat osiemnastu i spoczywa do dziś na zapuszczonym cmentarzu, przywalona kamieniem z zatartym napisem, z którego wyraźne jest tylko Wini och. Była sierotą i na weselu pojawiły się jedynie koleżanki pielęgniarki z Görbersdorfu oraz smutny młody lekarz. Doświadczona akuszerka nie mogła powstrzymać krwawienia, zwykły kobiecy los, zwykła kobieca śmierć, po której zostało niemowlę płci żeńskiej i wilgotny ślad udręki odciśnięty w pościeli. Nie ma co więcej gadać, wzruszał ramionami wdowiec Hans Koch, a gdy mała pragnęła wiedzieć, czy jest podobna do Winifredy, odpowiadał zgodnie z prawdą, że nie wie, ale widział, że jego mała córeczka była jednocześnie podobna bardzo i wcale, przypominała mu i życie Winifredy, i jej śmierć w gównie i krwi.
Hans Koch nie wiedział, czy można jednocześnie być podobnym do życia i śmierci, nie lubił o tym myśleć, a jeśli już musiał, przekonywał sam siebie, że córka przypomina jego siostrę bliźniaczkę, Ingeborg, której nie widział od lat, jako że uciekła z żonatym kuracjuszem z Görbersdorfu, zamożnym sklepikarzem, i ślad po niej zaginął w Breslau. Był na nią zły, ale jednocześnie ten akt nieposłuszeństwa budził w jego sercu zazdrość i podziw, w sumie byłoby przecież nieźle czmychnąć z zamożną sklepikarką, a te skomplikowane uczucia z kolei wprawiały go w irytację.
Szanował Hans Koch ludzi o silnej ręce i takimż charakterze, a pod określeniem ludzie rozumiał na ogół tylko mężczyzn i, w drodze wyjątku, stare kobiety mające konkretny zawód, jak specjalizująca się w rwaniu zębów Hermenegilde Mock. Jaki ten stary kurew ma uchwyt, wzdychał z podziwem i w rodzaju męskim jeszcze długo po udanej ekstrakcji górnego trzonowca. Kiedy popili z kolegami, wołali Trudi Tabach i Hermenegildę, by się siłowały na rękę, zwyciężczyni dostawała piwo, a szanse były wyrównane. Ale żeby własna siostra wyrywała się z przeznaczonego jej miejsca i do tego nie wracała w sromocie? To go bolało, tym bardziej że ucieczka Ingeborg stała się wiejską legendą i opowiadano cuda o tym, jak świetnie sobie radzi w świecie, pławiąc się w bogactwie. Często przypominała się Hansowi ta ładna, pyskata siostra o potężnych biodrach i myślał, że gdyby Ingeborg pozostała w pobliżu, może nawet zamieszkała z nimi, lepiej radziłby sobie z córką. Pamiętał, jak razem pod okiem matki robili wędliny i jak go strofowała, naśladując rodzicielkę, że to czy tamto robi źle i jest głupi, a on w rewanżu szczypał jej tłuste ramiona. W wieku szesnastu lat Ingeborg znalazła pracę w kuchni zakładu leczniczego w Görbersdorfie, szybko awansowała na podającą posiłki w fartuszku i czepku, zakręciła biodrami i tyle ją widzieli. Hans tylko raz dostał od zbiegłej siostry pocztówkę z ratuszem w Breslau, na której Ingeborg poinformowała go, że wszystko u niej w porządku i że otworzyła własny interes gastronomiczny, pocztówkę zapisaną zamaszystym pismem, jakby była lekarzem, a nie głupią dziewką po kilku klasach wiejskiej szkoły. Własny interes, też coś, prychał. Chyba burdel na kółkach! Hans Koch zazdrościł siostrze, ale na pewno nie zamierzał dopuścić do tego, by Berta poszła w ślady niepokornej ciotki Ingeborg.
Stosunki między ojcem a córką psuły się stopniowo, lecz nieubłaganie, jak pozostawiona na słońcu wędzonka, i któregoś dnia, gdy Berta, wówczas czternastoletnia, była szczególnie krnąbrna, padło pytanie, którym ugodziła Hansa Kocha w samo serce. Czy to ty zabiłeś mamę?, rzuciła, gdy sklął ją za wciąż nieposiekane kurze wątróbki na żydowski kawior, zamówiony na uroczystą kolację do Görbersdorfu, gdzie gościła grupa sławnych lekarzy ze stolicy Trzeciej Rzeszy. Doprowadzony do furii Hans Koch rozwalił o kamienną podłogę kuchni misę pełną podrobów i musieli potem na kolanach wydłubywać skorupy.
Hans Koch nie przypuszczał, jak trudne jest wychowywanie dziecka płci żeńskiej, ale nie można powiedzieć, że się nie starał czy szedł na łatwiznę, w czym pomagało mu przekonanie, że on sam został wychowany właściwie. Tu jednak pojawiała się trudność techniczna, bo w domu Kochów Hansa i brata bił ojciec, po śmierci jednego z synów skupiając się rzetelnie i z pasją na pozostałym przy życiu Hansie, a Ingeborg obrywała od matki, która dla wygody przewieszała ją przez poręcz łóżka i prała po młodej białej dupce łyżką cedzakową. Porządnie bić należy tylko chłopców, bo męskie ciało od bicia się utwardza, a dziewczęce psuje, tak uważał ojciec Hansa Kocha. Synowie dostawali więc męskim narzędziem, skórzanym pejczem, który wisiał w sieni i był im niekiedy podstawiany pod nos, by przypomnieli sobie zapach ojcowskiej władzy. Ale żeby ojciec zbił córkę, nie, to się u Kochów nie zdarzało i uchodziło za obyczaj chłopski i niegodny ich domu, stąd dylemat wdowca. Hans Koch wierzył w surową dyscyplinę i fizyczną tresurę, dzięki której i on, i siostra wyrośli na porządnych ludzi, nie licząc faktu, że Ingeborg dała nogę, ale póki żyła, była nadzieja, że jej się owa noga powinie i marnotrawna wróci na łono rodziny. Ten porządek wychowawczy, który wydawał mu się tak sensowny, że musiał być wymyślony przez jakąś siłę wyższą, został zaburzony przez śmierć Winifredy, na co miał wpływ tylko pośrednio, zapładniając ją. Całkowicie odpowiadał jednakowoż za odmowę powtórnego ożenku, który w przypadku młodego zaradnego wdowca z dzieckiem wydawał się wszystkim w Langwaltersdorfie czymś oczywistym.
Hans Koch, jak plotkowano we wsi, lubił baby i myślano, że pewnie go w końcu jakaś usidli, nie ma siły, bo i ciągle kawał chłopa, i co ważniejsze, dom ma porządny i praca mu się w rękach pali, ale żadnej chętnej się nie udało. Widok rosłego mężczyzny o słusznym brzuchu świadczącym o zamożności, kroczącego z małą dziewczynką, budził w samotnych kobietach pragnienie przywłaszczenia sobie tej prawie już gotowej rodziny i rozbudowania jej o nowe dzieci. Nawet sąsiadkę Kochów, Liselotte Wagenknecht, matkę dziewięciu synów, uchodzącą w wieku lat trzydziestu ośmiu za zbyt starą na takie rzeczy, wzięła chęć, by spróbować urodzić dziesiątego. Najgorliwszy w próbie znalezienia macochy dla półsieroty i współwłaścicielki dla nieruchomości Hansa Kocha był Alfred Mittmann, właściciel pensjonatu „Storchberg”, który usiłował naraić mu swoją wciąż niezamężną siostrę, zalegającą u niego jak powoli rozkładająca się tartinka. Panna Mittmann, spotkawszy się kilka razy z Hansem, miałaby na ten temat więcej do powiedzenia, jednak wszelkie pytania zbywała milczeniem, a do tego nigdy już nie tknęła nie tylko kiełbasy swojego niedoszłego małżonka, ale mięsa w ogóle, stając się pierwszą wegetarianką w Langwaltersdorfie. Hans Koch pozostał wdowcem i w dużym domu na końcu wsi, stojącym na wąskim spłachetku ziemi między drogą a torami, które zbliżały się do siebie i oddalały, tworząc kształt oka, nie pojawiła się żadna kobieta oprócz służących.
Za domem Kochów Langwaltersdorf kończył się, rozmywając w pagórkowaty pejzaż, w którym znikały pociągi, wozy i nieliczne samochody, przypominające Bercie wielkie gnojne żuki. Z okien ich kuchni widać było drogę prowadzącą w stronę Friedlandu i buńczuczny stożek góry Stortz, ponad nim niebo. Świat był gdzie indziej, zmieniał się i poruszał, ale skrawek ziemi między torami a drogą trwał niezmienny. Krojąc cebulę do hekele, Berta patrzyła, jak znane obrazy mijają jej przed oczami przewidywalne jak pory roku, i nie wiedziała w sumie, czy chciałaby dokądkolwiek pojechać, oprócz Waldenburga, czy na przykład Praga, Złota Praga, o której słyszała od Frau Schindlermeyer, mieści się w granicach jej chcenia. Świat dalszy niż Waldenburg wydawał jej się po prostu nierealny, jak podróż na Księżyc. Rozkoszowała się więc tylko pojawiającą się wraz z pociągiem niejasną perspektywą zaspokojenia tęsknoty, jaką czuła od zawsze, i odrywała oczy od roboty, by liczyć wagony. Liczba parzysta, to tak, a jak nie, to marzenie nie spełni się.
Podszyta kłującym lękiem tęsknota, czarny brak ukryty gdzieś między jej splotem słonecznym a waginą, przemieszczający się swobodnie i nieprzewidywalny, wydawał się Bercie mimo wszystko najwyraźniejszą cechą jej osoby. Któregoś dnia do córki Winifredy dotarło, że matka, która przypłaciła jej narodziny życiem, była jej częścią, że kawałek tej spoczywającej pod kamieniem ciemności nosi w swoim wnętrzu. Od tego czasu w chwilach zadumy kładła sobie rękę na brzuchu i czuła tę rozpychającą się nieobecność. Ten niebyt był, co do reszty pewności nie miała. Dlatego Berta, oprócz pociągów, lubiła patrzeć na płynącą wodę. Wiry na wezbranych wodach Steine wyglądały, jakby potok postrzelono, i stojąca na brzegu Berta patrzyła na połykane przez nie śmieci, myśląc, że patrzy w głąb siebie. Oto czym jestem, myślała, wirującą pustką. Nic nie wybieram, na nic nie mam wpływu, czasem po prostu coś we mnie wpada. Jestem niczym. Będę żyła w domu między drogą a torami, licząc wagony, skazana na pozostanie w jednym miejscu.
Gdy towarzyszyła jej Magda, korzystająca z rzadkiej chwili wolności, rozmawiały czasem o śmierci. Jakbym na ten przykład zaszła i by mnie zostawił, to bym skoczyła, mówiła Magda. A ty? A ja tobym skoczyła bez powodu, odpowiadała Berta, a w jej oczach odbijały się rzeczne wiry. Głupia!, kwitowała jej przyjaciółka, o wiele bardziej świadoma w kwestii niechcianych brzuchów, jako że sama była kiedyś takiego zawartością, a jej matka, nie pozbywszy się wprawdzie swojego, wiedziała, jak pomóc innym kobietom w kłopocie.
Hans Koch chwalił się Bertą mimo wychowawczych trudności, jakie sprawiała, i sam będąc świadom jej narowistego charakteru, skakał do oczu każdemu, kto ośmielił się ją skrytykować. W miarę upływu lat czuł w niej drażniący opór, jakby wewnątrz krwi z jego krwi, ciała z jego ciała tkwiło coś z gruntu obcego, twarde czarne ziarno, zaczynające kiełkować. Odziedziczył po ojcu pejcz i uznawszy, że jego widok nie zaszkodzi, powiesił go w sieni, ale nigdy nie uderzył córki. Gdy podrosła, od czasu do czasu dawał jej tylko do wąchania stare paski skóry i patrząc, jak marszczy swój różowy nosek, pytał, Czujesz? Właściwa odpowiedź, którą sam pamiętał z dzieciństwa, brzmiała, Tak, dziękuję, ojcze. A Berta wymagała mocnej ręki, co do tego Hans był pewien, bo wydawała mu się czasem tak osobna i oderwana, że przejmował go strach, dziwny strach o nią i o siebie jednocześnie, aż go coś szarpało w okolicach pępka, jakby to on nosił córkę pod sercem i urodził. Od kiedy skończyła czternaście lat, ojciec nabrał zwyczaju obserwowania Berty z ukrycia i jej widok, podszyty osobliwą obcością, wprawiał go często w irytację bliską paniki, bo czuł, jakby córka przelewała mu się przez ręce jak świńska krew na czarną kiszkę.
Przyczajony jak ornitolog na bagnach, patrzył, jak jego wyrośnięta córka o małych piersiach i wystającej pupie krząta się po kuchni tanecznym krokiem albo siedzi przy swoim stanowisku pracy i zamiast siekać wołowe ozory, jak kazał, patrzy w skołtunione chmury zabarwione po zachodzie słońca resztką żółtego światła. Nie wiedział, że Berta szukała w ich kształtach wróżb, i irytowała się, kiedy nagły podmuch wiatru zbrylał dwa puchate zwierzęta w jedno potworne. Po co gapić się w chmury, kiedy ma się do zrobienia coś tak prostego i pożytecznego jak ozory w galarecie? Ozory, na które czeka sam doktor Römpler? Doktor Römpler, który specjalnie zamówił wyroby Hansa Kocha na jutrzejszy wieczór, gdy gościć będzie delegację lekarzy ftyzjatrów z Breslau wraz z małżonkami. Czy do tej dziewczyny to nie dociera? Stał więc tak Hans przyczajony, aż go w końcu ponosiło, gdy jego rozmarzona córka akurat wyłowiła z wywaru kawałek mięsa i zamiast przynajmniej go zjeść, gapiła się na niego pod światło. Hans Koch atakował córkę od tyłu i delikatnie, by nie uszkodzić, plaskał ją otwartą dłonią w twarz lub szturchał w ramię. Bił ją lekko i symbolicznie, zawsze tak, by wiedziała za co, i z zaskoczenia, by dotarło do niej, że ojcowskie oko patrzy, nawet gdy go nie widać. Nie uważał tego za przemoc, bo nie zostawał ślad. Do roboty!, ryczał przy tym na całe gardło. Cała gmatwanina uczuć, jakie go wtedy rozpierały, zamykała się w pudełku ze słów wzywających córkę do pracy i grzechotała jak schwytany chrabąszcz. Zawsze działo się to tak niespodziewanie, że Berta nie mogła pojąć, jakim cudem ojciec znów ją przyłapał na leniuchowaniu.
Hans Koch nie lubił nieposłuszeństwa ani gnuśności i dlatego od początku zapałał sympatią do Adolfa Hitlera, który wydał mu się bardzo energiczny, mimo swej mizernej postury, i kiedy wybrał się w 1933 roku na wiec na stadionie w Waldenburgu, by zobaczyć wodza, wrócił pod wrażeniem. Przepełniony politycznym żarem powtarzał w gospodzie „Zur Goldenen Krone”, że po tym urwisie Dolfim, jak go pieszczotliwie nazywał, widać, że dostawał w dzieciństwie porządnie po dupie, bo wyrósł na człowieka pełnego pomysłów i woli życia, choć konus. Hans Koch lubił, żeby kobiety były kobiece, te domowe inaczej niż te rozrywkowe, a mężczyźni, czy w domu, czy poza nim, bez wątpliwości męscy. W przeciwnym razie przedstawiciele płci obojga irytowali go i wprawiali w niepokój jak wilgotne plamy na kuchennym blacie we własnym domu. Na przykład jeden z dziewięciu synów płodnej sąsiadki, German Wagenknecht, który od dziecka łaził za Bertą, ale gdzie takiemu gołodupcowi do jego córki. Czy ten drugi nierób, wypomadowany podstarzały fircyk, łgarz i ladaco Wędrowny Bułgar Krum zwany też Turkiem Nasrallachem, który nawiedzał Langwaltersdorf jak zaraza ze swoimi szatańskimi towarami. Fakt, że on sam ulegał krasomówstwu włóczęgi, tylko potwierdzał tezę o diabelskich właściwościach handlarza. Ten drugi od zawsze wkurzał Hansa Kocha o wiele bardziej niż German Wagenknecht, ale kiedy wiosną 1938 roku ojciec Berty wspominał z kumplami wiec na stadionie w Waldenburgu i mądre słowa wodza na temat obcych i innych nierobów, usłyszane dopiero co w radiu, czuł niepokój większy od nadziei, że przyszłość przyniesie rozwiązanie jego problemów.
Tego deszczowego lata coś dookoła rosło, pulsując w mokrym powietrzu, i były to nie tylko sromotniki smrodliwe, pierwsze z wielu przerażających grzybów, jakie nawiedziły okoliczne lasy i nieużytki, a nawet ogrody mieszkańców Langwaltersdorfu. Śmierdziele pojawiały się najpierw w postaci białych jaj, a te w tempie, które musiało być diabelskie, wystrzeliwały w obleśne kutasiki, cuchnące gnijącym mięsem. Kotłowały się na nich muchy jak na ścierwie, roznosząc zarodniki po całym regionie. Korzystał na tej diabelskiej atmosferze Wędrowny Bułgar Krum zwany też Turkiem Nasrallachem i nawet silni młodzi mężczyźni z trwogą oglądali swoje nogi i ramiona po wizycie przy jego wozie. Szli tam utargować nóż albo szeptem poprosić o coś na pryszcze czy miłość, a ten stary złośliwiec proponował im nagle laskę albo drewnianą protezę, których przytargał latoś całą skrzynię, zapewniając, że się przydadzą. Śpiewając jak primadonna, próbował wcisnąć w ich chłopskie dłonie śmierdzącą kurzym gównem maść z wilczych języków na trudno gojące się rany, zachwalając, że nawet gdy kula zostanie w środku, dzięki temu mazidłu nie będzie się jej czuło do śmierci, kiedy to każda kula tkwiąca w ciele ostatni raz przypomina o sobie. Wilcze specyfiki, obok eliksirów na urodę, stanowiły stały asortyment Wędrownego Bułgara Kruma zwanego też Turkiem Nasrallachem, ale tego lata było ich więcej, a metody sprzedaży bardziej wyrafinowane. Wraz ze swoim młodym towarzyszem, pięknym jak sen nastolatki, który irytował samą swoją obecnością, bo handlarz dotąd przyjeżdżał sam, zachwalał wprawdzie nadal wilcze odchody na zaćmę, wilcze kły na ząbkowanie, sproszkowaną wilczą wątrobę na bóle porodowe, pazury z prawej przedniej nogi wilka jako specyfik na ropiejące wrzody, a z lewej na potencję, ale teraz miał też bardzo drogie paski suszonego wilczego mięsa. Sprzedawał je w drewnianych puzderkach z runami wyrytymi na wieczku, zasypane aromatycznymi ziołami, twierdząc, że tylko to może uratować przed bestią, która pożera słońce. A gdzie ta bestia?!, zapytał Hans Koch, śmiejąc się mimo lęku, który ogarnął jego serce, a handlarz popatrzył na gapiów z powagą i wypalił, Bestia, która pożera słońce, mieszka w człowieku!
W deszczowe lato 1938 roku nikt nie chciał mieć do czynienia z bestią, która pożera słońce, ale Hansa Kocha dręczyła coraz pilniejsza kwestia przyszłości córki. Kwestia brzucha Berty i prowadzących doń dróg męczyła jej ojca, od kiedy ta skończyła czternaście lat i stała się kobietą potrzebującą płóciennych opatrunków miesiączkowych, ale teraz jego niepokój rósł jak sromotnik smrodliwy. Mimo iż od wiosny lało i pogoda nie sprzyjała romansom w plenerze, podejrzanie wiele dziewczyn się ostatnio zborsuczyło, jak na przykład najstarsza z pięciu sióstr Hampel, która zaszła w ciążę z pociotkiem jakiegoś gruźlika z Görbersdorfu, i to tak cichutko, że rodzina zorientowała się dopiero przy rozwiązaniu. Przeznaczona do pomocy matce, jak to na najstarszą u katolików przystało, Hedwig Hampel nie poprawiła swego losu, bo amorat zwiał na tamten świat i litościwie, lub może raczej bezlitośnie, zatrzymano ją w domu, z tym że miała jedno dziecko więcej pod opieką. Taki los nie groził Bercie, ale Hans Koch wzmógł swoją czujność i któregoś dnia, zamiast plasnąć córkę w twarz, uciekł się do pomocy rekwizytu władzy, który zapomniany i sparciały wisiał w sieni. Czujesz?, zapytał, gdy Berta znów mu podpadła, patrząc, jak nozdrza córki zbliżają się do pejcza i wciągają zapach skóry. Tak, ojcze, dziękuję, odpowiedziała, jak wtedy, gdy była dzieckiem, ale teraz w jej głosie dźwięczało coś nowego, jak struna niechcący potrącona w ciemności.
Hans Koch patrzył na swoją córkę Bertę jak na dobro ruchome, czasem nawet ruchome nadmiernie, które wprawdzie teraz jest apetyczne i świeże, ale wkrótce albo zostanie skonsumowane, albo zepsuje się, do czego nie zamierzał dopuścić. Czasem dotykał twarzy córki, w szczególny sposób przejeżdżając palcem tuż pod piękną kością policzkową, jakby chciał zmienić kształt jej rysów, wydłubując trochę ciała i rozsmarowując w innym miejscu. A czasem wrzeszczał, dupy pilnuj!, kiedy z wyrazu twarzy córki słusznie odczytywał jej bujanie w obłokach, jak wiadomo szczególnie niebezpieczne dla niższych partii ciała każdej dziewczyny. Na komendę dupy pilnuj jego córka nieodmiennie podskakiwała jak ukłuta szpilką, tak zabawnie, że gdy Hans miał lepszy humor, z trudem ukrywał uśmiech, nielicujący z powagą ojcowskiej władzy. Ale Berta miała także niewątpliwe zalety, cała wieś podziwiała jej kunszt kulinarny i czystość ich domu, więc surowy ojciec odczuwał satysfakcję, że wprowadzona przez niego dyscyplina przyniosła jednak jadalne owoce. A to dlatego, że oprócz mało skutecznego pejcza na szczęście dla siebie Hans Koch miał jeszcze inny sposób na tresurę córki. Przywracające Bertę do porządku uderzenia w policzek były czymś w rodzaju ojcowskiego słowa w namacalnej postaci, ale to element edukacji nazywany rozbieraniem świni uznał z czasem za prawdziwie pedagogiczny. Rozbieranie świni wyrosło z niewinnej zabawy, którą dziewczynka w pewnym momencie przestała lubić, a ojciec wykorzystywał ten fakt, by ją karać. Należała do niego i musiała o tym pamiętać na co dzień.
Kiedy przyszła pora na rozbieranie świni, niezależnie od tego, czy Berta czymś konkretnym zawiniła, czy nie, ojciec wołał ją do stodoły i kazał wchodzić na stare chwiejne krzesło, trzeszczące pod jej ciężarem. Nie mówił nic oprócz nazw, a każdej towarzyszyły jego palce, badające ciało córki, i z wyjątkiem ogona, którego Berta nie posiadała, a który u świni można było użyć na zupę, wszystko się zgadzało, nóżki, golonka, udziec, szynka, łopatka, boczek, żeberka, polędwica, biodrówka, schab, mostek, karkówka, słonina, podgardle, głowa. Ojciec macał i mówił, Nóżki?, a córka recytowała przeznaczenie tychże, Używane do galaret, także do salcesonu. Golonka? Ręce wędrowały wyżej, ugniatały i mięsiły ciało z jego ciała, krew z krwi, więc jak własne. Służy do peklowania i gotowania. Szynka? Łapał i ważył w rękach Hans Koch mięsne połcie i tu lubił zatrzymać się dłużej, ale przy szynce to każdy masarz lubi. Szynkę dzieli się na trzy części. Pierwsza dobra jest do smażenia sznycli i do pieczeni. Druga ma podobne właściwości jak pierwsza, ale gorszą strukturę. Trzecia posiada mało soczyste mięso i używamy jej do gotowania lub jeszcze lepiej wędzenia i jako dodatek do wysokogatunkowych kiełbas. Ojciec porzucał szynkę i szedł śmiało w górę. Polędwica? Wbijał dwa palce ponad szynką córczyną. Delikatne, chude mięso do smażenia i pieczenia. Boczek? Do gotowania, pieczenia, duszenia i wędzenia, odpowiadała Berta i w myśli liczyła części świńskiej tuszy, jakie jeszcze zostały do końca. Biodrówka? Przednia część odcinka krzyżowego półtuszy. Dobra na pieczeń, sznycle, zrazy lub gulasz. Żeberka? Kości klatki piersiowej z małą ilością mięśni, tłuszczem i powięzią. Do gotowania, pieczenia, duszenia, na przykład z kapustą lub po polsku z kaszą. Łopatka? Piął się Hans i ugniatał, czując pod palcami żywe mięśnie, kości. Dobra do duszenia, pieczenia i gotowania. Schab? Palce Hansa wwiercały się w plecy Berty, jakby próbował złapać za kręgosłup, chwycić go w garść i wyciągnąć. Mięsień najdłuższy grzbietu. Jest to duży jednolity mięsień, dobry do każdej obróbki, a zwłaszcza na sznycle. Mostek? Używany do smażenia i duszenia. Karkówka? Mięso odcinka szyjnego oraz przedniej części grzbietowej. Nadaje się do pieczenia, gotowania i smażenia, a także na ruszt. Podgardle? Dłoń Hansa Kocha zaciskała się na delikatnej szyi. Do wytapiania na smalec, jako dodatek do wyrobów, Berta mówiła coraz szybciej i pociła się obficie pod ojcowską dłonią tamującą jej oddech, zabierającą powietrze, ale oprócz strachu, że tym razem zaciśnie się mocniej, czuła nadchodzącą ulgę, że zaraz będzie po wszystkim. Głowa? Dłonie Hansa Kocha chwytały Bertę i zasłaniały jej uszy, uciskając małżowiny tak mocno, że przestawała słyszeć jego głos, a pod czaszką rozlegało się buczenie. Głowa?!, powtarzał. Dobra na wywary i galarety. Uszy kroi się w wąskie paseczki, trzeba uważać, by nie przegotować, bo twardnieją. Na koniec przedstawienia stali przez chwilę twarzą w twarz, a dziewczyna czuła pulsującą krew we wszystkich kawałkach ciała, które właśnie zostały wymacane, ocenione i nazwane. No i nie bolało!, wybuchał zawsze śmiechem Hans Koch, a córka mu wtórowała cichym, Cha, cha, wiedząc, że ojciec na to czeka i by przypieczętować rytuał, całowała go w rękę. Latem 1938 roku zrobiła to po raz ostatni i założywszy sukienkę, poszła zrobić kolację. Ojciec był głodny jak wilk.
Rozbieranie świni nieodmiennie wzbudzało apetyt w trzewiach Hansa Kocha i zaganiał dopiero co rozczłonkowaną tuszę córki do kuchni, gdzie smażyła mu jajka albo ziemniaki z kiełbasą, smarowała hekele grube pajdy chleba. Największą przyjemność sprawiało ojcu, kiedy Berta przygotowywała jedzenie. Choćby to było hekele, codzienna pasta ze śledzia, jaj, cebuli i ogórka kiszonego, doprawiona ostrą musztardą, a lubił Hans Koch nie tylko spożywanie tego, co córka przyrządziła, ale też proces powstawania, któremu towarzyszyła jej krzątanina, ruchy jej ciała produkującego żywność. Musztardy nie żałuj, instruował ją, dopóki pojętna córka nie poznała należycie jego smaku. Hans Koch patrzył na pochylone plecy Berty, jej wciętą talię i wypukłe pośladki, myśląc o kromkach chleba z hekele, czarnej kiszce kaszanej i sznyclach oraz o Eliszce, poznanej niedawno w Waldenburgu młodziutkiej Czeszce, okrągłej jak bułeczka, wdzięcznie świergotliwej, kiedy dawał jej jakiś prezent. Czeszki, pulchne i wesołe, słodkawe w smaku, podobały mu się najbardziej i po latach miał wrażenie, że pochmurna milcząca Winifreda była jakąś dziwną ścieżką, na której się na chwilę zagubił i której już nigdy nie odnajdzie.
Zanim Hans Koch, pełen pasji wędliniarz z Langwaltersdorfu, dorwał się do nowej kobiety, a brał je zawsze tak samo, od tyłu, pochylone nad stołem albo trzymające się ściany, obwąchiwał ich ciało, jakby sprawdzał jego świeżość. Badał twarz, piersi, które, jeśli były obwisłe, unosił do góry, by dotrzeć nosem do ukrytego wilgotnego miejsca, brzuch, gąszcz włosów łonowych i ukrytą pośród nich kobiecość, na ogół nadużytą trudami profesji, ale ostatnio był większy ruch na granicach i zdarzały się prawdziwe świeżynki, które mówiły najzabawniejszymi odmianami niemieckiego, jakie słyszał. Jeśli zapach mu odpowiadał, obmacywał rękoma doświadczonego rzeźnika kobiece ciało na sprzedaż, mocno i stanowczo, nie robiąc krzywdy, ale wtykając tu i ówdzie palec dla pewności. Czasem zaglądał w zęby, zwracał uwagę na język i uszy, jakby miał przyrządzić je w galarecie. Jednak przede wszystkim lubił Hans widok kobiety z tyłu, wypiętej usłużnie albo krzątającej się po kuchni, za chwilę mającej mu podać siebie albo jedzenie, w zależności do czego była przeznaczona. Jedyną, której patrzył w oczy, była Winifreda, i proszę, jak to się skończyło. Po szczególnie udanych oględzinach zwieńczonych szybkim stosunkiem i krótką drzemką, o której mówił, pół godzinki dla słoninki, oddając się jej i po jedzeniu, i po seksie, wędliniarz z Langwaltersdorfu czuł się jak nowo narodzony. Po pewnym czasie wdowieństwa doszedł do wniosku, że mając kurwy i Bertę, ma właściwie wszystko, i uważał, że jego córka powinna być wdzięczna, że nie obdarzył jej macochą. Jednak tego lata, gdy Hans Koch po raz ostatni rozebrał córczyną tuszę, Berta żyła w świecie marzeń o wiele bardziej niż dotąd, a romanse, które czytała w tajemnicy przed ojcem, rozogniały jej umysł i ciało do takiego stanu wrzenia, że gdy szła przez wieś, unosił się nad nią kłąb pary.
Pasję czytania zaszczepiła w niej Frau Schindlermeyer, podobnie jak zwyczaj liczenia wagonów i gryzmolenia w kajecie oprawionym w skórę. Na początku Berta nie wiedziała, co pisać, więc zdawała sprawę ze swoich codziennych czynności, ale to nie przynosiło jej satysfakcji, więc przez pierwsze lata notatki były rzadkie i krótkie, ozdobione dziecinnymi rysunkami. Potem ośmieliła się, zaczęła pisać o ojcu, jego wadach, swojej doń miłości i nienawiści, która rosła z wiekiem. O matce, że była piękna i kochająca. O nadziei, że Winifreda czuwa nad nią z nieba. O marzeniach karmionych lekturami o dużym druku i szmatławych okładkach. O tęsknocie za czymś, co nazywała prawdziwym życiem, w którym kochałby ją ktoś o oczach jak czarne diamenty i włosach jak skrzydło kruka. O tym, że Magda Tabach jest głupia, ale kocha ją jak siostrę i zawsze będą razem. Streszczała czytane książki, ozdabiając tekst serduszkami, ustami, nieporadnymi postaciami połączonymi uściskiem, wymyślała szczęśliwe zakończenia dla tych, które takich nie oferowały. Frau Schindlermeyer mawiała uczennicy, by przestrzegała zasady, trzy poważne książki, jeden romans, bo tego typu lektura jest jak słodycze, nie daje nic, prócz chwili przyjemności, jednak Berta zapomniała o tej radzie, a następna nauczycielka, toporna kobieta o złośliwym usposobieniu, nie uczyła niczego poza szkolnym programem i posiane przez Frau Schindlermeyer ziarno obumarło.
Gdy Berta Koch dorosła, jej umysł karmił się już tylko powieściami o miłosnych perypetiach pięknych kobiet, mściwych duchach, wrednych macochach, lubieżnych kuzynach i pięknych książętach pojawiających się nagle jak pryszcz na brodzie. Streszczała je Magdzie Tabach, która czytać nie umiała, w taki sposób, że każda bohaterka przypominała ją samą i ta twórczo relacjonowana lektura dostarczała jej podwójnej przyjemności. Powieściowa Berta, o wiele wspanialsza niż ta rzeczywista, miała zawsze przyjaciółkę podobną do Magdy, której też litościwie trafiało się coś dobrego, wprawdzie odpowiednio gorszego, lecz jednak. Bohaterowie, dzielni rycerze, szlachetni pastuszkowie i paziowie mający się okazać królewiczami, mieli oczy jak czarne diamenty i włosy jak skrzydło kruka, galopowali na rączych rumakach, przeprawiali się z miłości przez rwące potoki i wzburzone morza, pokonywali potwory, uwalniali swoje wybranki. Może gdzieś czeka na nią ktoś taki, marzyła Berta, może ten ktoś przeczuwa jej istnienie i wkrótce ruszy, by ją odnaleźć i porwać w świat. To dla niego, nieznajomego, Berta Koch zawsze wyglądała tak, jakby szła do kościoła, i dla niego pisała swój dzienniczek, bo jako osoba prowadząca tajemne tekstowe życie wydawała się samej sobie ciekawsza, bardziej godna miłości.
Ciepły krąg światła rzucanego przez lampkę naftową, bo ojciec nie pozwalał jej nadużywać elektryczności, wyławiał z gęstego mroku małej sypialni złotą głowę Berty, jej wysokie czoło zmarszczone w namyśle i dłoń dzierżącą pióro z taką pewnością, jakby to był kuchenny nóż. Wydawało jej się, że pisząc, ulega przemianie, dzięki której staje się bardziej widoczna, niczym mała latarnia morska, wskazująca drogę ukochanemu. Moja matka Winifreda była piękna, gryzmoliła. Moja matka miała oczy jak gwiazdy na zimowym niebie. Nienawidzę ojca, dodawała niżej, ale potem skreślała i tłumaczyła się przed samą sobą, że mimo wszystko bardzo go kocha. A pierwszego czerwca 1938 roku napisała, podkreśliwszy zdanie trzy razy, że dziś był najszczęśliwszy dzień jej życia.
Gorzko, gorzko
Gorzko, gorzko to opowieść o pragnieniu miłości i wolności, które dojrzewa w życiu i marzeniach czterech pokoleń kobiet. Dlaczego Berta popełniła zbrodnię? Kiedy Barbara nauczyła się tak dobrze rzucać nożem? Dlaczego Violetta otworzyła wek Pandory i co w nim było? Czy Kalinie uda się poznać prawdę? Historię Berty, Barbary i Violetty opowiada Kalina, która w Wałbrzychu, Unisławi...
Spodobał Ci się fragment?
e-book
e-book · audio
e-book · audio
e-book · audio