Prolog
B etlejemka – piękna stara chata stojąca na rozległej polanie w samym sercu gór – w ten wigilijny wieczór była cicha i pusta. Tego właśnie potrzebował: ciszy. Pustkę przyniósł ze sobą w sercu…
Kilka minut wcześniej skończył czytać list, który wstrząsnął nim do głębi i roztrzaskał jego mały, w miarę uporządkowany wszechświat.
Narzucił na ramiona kurtkę i ruszył do drzwi schroniska, w którym dziewczęta szykowały wigilijną kolację.
– Wychodzisz? – Jedna z nich, pszenicznowłosa piękność, która przez cały dzień zerkała na niego spod firany długich rzęs, odezwała się w momencie, gdy otwierał drzwi. – Masz dyżur?
Pokręcił głową. Dyżur jako ratownik TOPR zaczynał jutro z rana.
– Chcę pobyć sam ze sobą.
– Coś się stało? – zaniepokoiła się.
Ponownie zaprzeczył. Próbował uśmiechnąć się uspokajająco.
– Czasem tak mam: potrzebuję samotności.
Skinęła ze zrozumieniem głową. Ludzie gór są inni niż reszta świata, ale…
– Wrócisz na Wigilię? W ten jeden jedyny wieczór nikt nie powinien być sam…
– Nie wiem, kiedy wrócę. – Raz jeszcze posłał jej przepraszający uśmiech i dodał: – Nie czekajcie na mnie z wie-
czerzą.
Kiwnęła głową i już miała wrócić do koleżanek, gdy… zarzuciła mu ręce na szyję, ucałowała w szorstki policzek, wyszeptała: „Wszystkiego najlepszego, bądź szczęśliwy”, i już jej nie było.
Ten miły gest powinien rozkruszyć lód w jego sercu, a przynajmniej go stopić, ale list, który miął w dłoni wbitej w kieszeń, mroził je na powrót.
Wyszedł w bezgwiezdną grudniową noc…
Do Betlejemki miał niedaleko. Widział stąd jasno oświetlone okna schroniska. Chwilę patrzył w nie, czując smutek i tęsknotę za życiem, które nigdy nie będzie już takie samo, po czym wszedł do środka.
Wciągnął do płuc miły, znajomy zapach drewna. Włączył światło, bo zmierzch zapadał szybciej, niż można się było spodziewać. Znad szczytów gór wiatr pędził ciemne
chmury.
W momencie, w którym zdejmował kurtkę i podchodził do kominka, by w nim rozpalić, pierwszy podmuch zamieci załomotał w okna.
„Dobrze, że to Wigilia” – pomyślał. „Szlaki są zamknięte. Góry nie odbiorą dziś daniny z życia”.
Zagotował wodę. Bez pośpiechu zalał herbatę wrzątkiem. Usiadł przy stole z kubkiem w dłoniach i zapatrzył się w okno. Zamieć przybierała na sile, dokładnie tak jak burza uczuć w jego sercu.
List, który wyjął z kieszeni i rzucił na stół, przyciągał spojrzenie. Domagał się ponownego przeczytania. Ale jeszcze nie teraz, nie w tej cichej godzinie. Jeszcze można było udawać, że wszystko jest tak, jak było, zanim wyruszył w góry…
Jak długo trwał zatopiony we wspomnieniach? Nie wiedział. Nie patrzył na zegar. W kominku płomienie skakały po bierwionach. Za oknem szalała zamieć, tutaj słychać było tylko trzask ognia. On zastygł z czołem wspartym na splecionych dłoniach, ni to w modlitwie, ni w zamy-
śleniu.
Wreszcie uniósł głowę. „Weź się w garść!” – nakazał sobie i spojrzał w okno. Może wrócić do schroniska? Dziewczyny na pewno czekają z wieczerzą, mimo że… zamarł nagle, wzrok mu się wyostrzył jak u jastrzębia. Za oknem… Zbliżył twarz do szyby. I poderwał się na równe nogi.
– Cholera – rzucił, chwytając kurtkę.
W biegu nałożył ją, zapiął suwak i już szarpał się z drzwiami, w które wściekle łomotała śnieżyca. Nikłe światełko, które wypatrzył przed chwilą, zgasło. Mogło to być złudzenie – na pewno było! Nie widział w tej chwili własnej dłoni, tak gęsty sypał śnieg! – ale też ktoś mógł potrzebować pomocy. A on był ratownikiem! Bez namysłu ruszył w tamtym kierunku. Światło zamigotało ponownie. Tak! Jednak ktoś przedziera się przez zamieć! Przyspieszył, chociaż marsz przez śniegowe zaspy, z wichrem siekącym po twarzy, wdzierającym się pod kaptur i kołnierz, doprawdy nie był łatwy. Ale góry nie są łatwe. Za to je właśnie kochał: za ich majestat, niedostępność, surowość. On był młody, śmiały i ambitny, kochał zdobywać szczyty. Tatry zaś lubiły takich jak on. Lubiły ich wabić. I łamać.
Dopadł skulonego kształtu. Szarpnięciem poderwał w górę. Chłopak, młody, najwyżej osiemnastoletni… Oczami wybałuszonymi z przerażenia, półprzytomnymi z szoku wpatrywał się w twarz ratownika.
– Możesz iść?! – krzyknął do niego. – Chata jest blisko, dasz radę?!
Tamten przytaknął. Chwycił go wpół, rękę chłopaka zarzucił sobie na ramiona i ruszyli, krok za krokiem, torując sobie drogę przez sypki, głęboki śnieg. Dotarli do chaty.
– Dzi… dzi… – próbował wykrztusić uratowany wędrowiec, ale on przerwał mu sucho:
– Podziękujesz później. Pij. – Wetknął mu w drżące dłonie kubek z gorącą herbatą.
– Dziewczyna! – wyrzucił chłopak. – Tam, na szlaku została dziewczyna!
Zmartwiał po raz drugi. W Wigilię?! W taką zamieć?! Ktoś jeszcze w górach?! Poszalały te dzieciaki?!
– Czekaj tutaj – rzucił do chłopaka. – Dorzucaj polan do kominka. Wrócę z nią.
„Albo nie wrócę” – dodał w myślach, zapinając kurtkę szczelniej, nasuwając kaptur na głowę ciaśniej, podwijając kołnierz wyżej, by zasłonił twarz.
Zanim wyszedł w ciemną, mroźną, smaganą wichrem i śniegiem noc, wezwał pomoc. Może jej potrzebować.
Ostre igły lodu, bo to nie był już śnieg, a marznąca mżawka, siekły go po twarzy. Nie widział dalej niż na wyciągnięcie ręki. Światła Betlejemki zgasły niemal natychmiast. Jak odnajdzie zaginioną dziewczynę? Nie miał pojęcia. Wiedział tylko, że nie może odejść zbyt daleko od chaty, bo sam się pogubi. Szlak był oznaczony – owszem – starymi tyczkami maźniętymi łuszczącą się farbą. Może w słoneczny dzień byłby widoczny, ale nie teraz. Musiał zdać się na samego siebie, na instynkt człowieka gór.
Brnął przez zamieć, jakimś cudem trafiając na kolejne oznaczenia. Może przy którymś z nich kuli się zagubiona dziewczyna? Może na nią trafi?
Po długich dwóch kwadransach, cały czas na szlaku, mignęło mu w ciemnościach nikłe światełko. I czerwona kurtka, która zalśniła dwoma odblaskami w strumieniu jego latarki. Przyspieszył, chociaż marsz przez zapadający się pod nogami śnieg był mordęgą. Dopadł skulonego kształtu. Dziewczyna podniosła na niego półprzytomne oczy. Sine usta ułożyły się w jakiś wyraz, ale nie zdołała nic powiedzieć.
On też bez słowa, bo przez wycie wiatru i tak nie słyszeliby siebie nawzajem, postawił ją na nogi. W tym momencie poleciała bezwładnie w śnieg. Zemdlała. Pochwycił ją na ręce. Nie miał wyboru, musiał zanieść dziewczynę do chaty.
Brnął przez śnieg i zawieję, niosąc na rękach gasnące życie. Musiał zdążyć. Musiał donieść dziewczynę tam, gdzie będzie bezpieczna, zanim płomień, który tlił się w niej ostatkiem sił, zgaśnie całkiem. Z trudem stawiając kolejne kroki, dotarł do skalnego załomu. Tu mógł złapać oddech. Tu wicher nie wwiercał się w mózg, zamieć nie miotała w twarz miriadów igieł.
Złożył dziewczynę na śniegu, objął ją mocno, przytulił do piersi, pragnąc oddać jej trochę swojego ciepła. Uniosła powieki, spojrzała mu w oczy, znów próbując coś powiedzieć.
– Będzie dobrze, wytrzymaj. – W jego głosie zabrzmiała prośba, tak, ale i nakaz. – Musisz się trzymać. Jestem przy tobie.
Kiwnęła głową. Powieki opadły. Dotknęła policzkiem jego policzka.
„Mógłbym tak zostać” – przemknęło mu przez coraz bardziej zmęczony umysł. „Z nieznajomą dziewczyną w ramionach…”
Poderwał głowę, potarł twarz dłonią. O mało co by nie zasnął! A to znaczyło śmierć i dla niego, i dla niej.
– Chodź, musimy iść dalej. – Potrząsnął nią. Głowa opadła jej bezwładnie. W panice poklepał ją po policzku. – Nie możesz umrzeć! Otwórz oczy, słyszysz?!
Uniosła powieki może na milimetr. Odetchnął z ulgą. Żyła. Jego wysiłek nie szedł na marne. Podniósł się i ruszył dalej, krok po kroku, coraz bardziej przygniatany ciężarem dziewczyny. Nawet przez sekundę nie pomyślał, że może ją zostawić, ratować samego siebie…
Światła w oknach chaty przywitał jak najpiękniejszy bożonarodzeniowy prezent. Jakby dostał od losu drugie życie. Chłopak, który doszedł już widać do siebie, otworzył drzwi w momencie, gdy przed nimi stanął. Chwycił dziewczynę z jego mdlejących rąk. Poniósł do środka.
Mógł odpocząć. Mógł opaść na krzesło, oprzeć głowę na ramionach i…
Zamknął oczy tylko na chwilę.
– Proszę pana, panie ratowniku! – Głos chłopaka wyrwał go ze stanu półomdlenia. – Ona mówi, że tam jest ktoś jeszcze! Jej chłopak został na szlaku!
Zacisnął powieki. To nie może być prawda… nie dziś, na miłość boską, nie teraz!…
Wstał i ledwo poruszając nogami, podszedł do łóżka, gdzie nakryta kołdrą i kocem leżała blada jak śmierć, wstrząsana dreszczami dziewczyna.
– Proszę… proszę… on tam został… mój chłopak… – zaszeptała, widząc pochylającą się ku niej twarz ratownika. – Musisz po niego wrócić… musisz go uratować… – Chwyciła go za rękę. Jej oczy, lśniące w blasku ognia, a może od łez, błagały bez słów.
„Musisz go uratować…”
Bez słowa, tak jak poprzednio, zawrócił do drzwi. Chłopak, blady z przestrachu, podał mu kubek herbaty. Parząc sobie usta, wypił ją niemal jednym haustem i czując przypływ sił, zapiął suwak kurtki, wysoko, naciągnął kaptur na mokre włosy, raz jeszcze połączył się z bazą, zarzucił na ramiona plecak, dokładnie dopinając jego sprzączki, i wyszedł, po raz trzeci, wprost w lodowate objęcia wichru.
Znów szedł niemal na oślep, wypatrując oznaczeń szlaku. Krok za krokiem. Tylko żelazna siła woli i to, do czego został powołany: nieść pomoc zagrożonym istnieniom, zmuszały go do stawiania kolejnych.
Minął skalny załom, gdzie odpoczywał z dziewczyną, i szedł dalej. Minął miejsce, gdzie prawdopodobnie ją znalazł, i szedł dalej. Jeszcze kwadrans i będzie musiał za-
wrócić…
W tym momencie, gdy dotarło doń, że trzeba będzie się poddać, parę metrów przed sobą ujrzał skulony pod skalnym nawisem ludzki kształt, który poruszył się, wyprostował.
– Hej! Tu jestem! – Zaginiony pomachał do niego ręką.
Odetchnął. Z chłopakiem nie było źle. Jeszcze tylko zabrać go ze sobą do Betlejemki i...
I wtedy dobiegło go urywane wołanie.
– Ratunku! Rat…
Zatrzymał się w pół kroku. Zwrócił twarz w tamtym kierunku, nasłuchując.
Naprawdę ktoś krzyczy czy to wycie wiatru? Zmęczony mózg potrafił tworzyć takie omamy…
– Pomocy! Ratunku! – dobiegło ponownie.
Bez namysłu skręcił w stronę wołania. Zrobił krok, drugi, trzeci i nagle… poczuł, jak śnieg usuwa mu się spod nóg.
Czy los – w tę noc, w Wigilię Bożego Narodzenia – może karać za dobre uczynki, za odruch serca?
Może.
Młody mężczyzna krzyknął. I runął w przepaść.
Gwiazdka z nieba
W śnieżną wigilijną noc na tatrzańskiej przełęczy dochodzi do tragedii. Sześć lat później w mazurskiej chacie nad jeziorem staje się cud.Niektórzy ludzie, choćby mieli wszystko, nie będą szczęśliwi. Inni nie mają nic, a potrafią cieszyć się życiem. Nataniel należał do tych drugich. W przeszłości uległ poważnemu wypadkowi, potem zmarła jego ukochana mama, a teraz stracił jeszcze...
Spodobał Ci się fragment?
e-book · audio
e-book · audio
e-book · audio
e-book · audio