Nad rozległymi błoniami wokół Pogorzelicy zachodziło słońce, ale wielki obóz rycerstwa Starszej Polski nie kładł się do snu. Przeciwnie. Po burzliwym dniu nadchodziła nie mniej burzliwa noc.
Przeprawy przez Wartę strzegli rycerze Świętego Jana z białym krzyżem na czerwonych tarczach. Teren należał do nich, komandoria była ziemią zakonu, wolną od książęcego prawa, tu więc rycerstwo Starszej Polski postanowiło zwołać swój wiec.
Rzeka, niczym fosa, znaczyła granicę obozowiska. Purpurowa kula zachodzącego słońca odbijała się w ciemnozielonej wodzie; nurt kołysał się łagodnie, usypiając czujność słońca. Pochyliło się nisko, jakby rzeka była łożem, w którym spocznie po ciężkim dniu. Warta, dotychczas łagodna i zapraszająca, posłała falę, która cichym chlupnięciem przykryła światło, porywając je w głąb nurtu. Zaszeleściły trzciny, złowieszcze niczym suchy chichot.
Nikt nie zwrócił uwagi na porwanie słońca, bo w tej samej chwili potężne obozowisko rozjarzyło się setką świateł. Ogniska i pochodnie jedne po drugich rozświetliły mrok. W czarnych brzuchach kociołków bulgotały polewki. Na długich rusztach giermkowie obracali kuropatwy i zające, odganiając węszące za strawą psy. Słudzy przemykali między taborami a namiotami swych panów, ściskając w objęciach beczułki piwa i zamknięte woskiem dzbany wina. Tu i tam, przy ogniu, w każdej części wielkiego obozu zaczynały pobrzmiewać pieśni. Jeszcze nieśmiałe, jeszcze zbyt trzeźwo trzymające się głosy.
Niekończące się pole jasnych płacht namiotów, choć z dala wydawać się mogło jednym obozowiskiem, w istocie było podzielone, jak kraj.
Wielkie rody Nałęczów, Grzymałów, Łodziów i Zarembów, Porajów i Leszczyców, skupione wokół własnych chorągwi, zajęły centrum obozowiska, spychając na jego obrzeża chorągwie panów z Pałuk, Odrowążów, Godziembów i Okszów. Korabici i Doliwowie trzymali się z boku. Tak więc nie był to jeden obóz, lecz wiele mniejszych, pilnie strzeżonych przy granicach, tak że nawet słudzy poszczególnych rodowców nie pożyczali sobie łyżek do mieszania w kotłach ani soli do doprawienia polewki.
Między wysokimi namiotami głów rodzin, baronów księstwa, krążyli ludzie joannitów, przepuszczani przez straże na znak białego krzyża. Tylko im rodowcy skłonni byli powierzyć swe układane w gorących naradach poselstwa zmierzające do ponadrodowego przymierza.
— Grzymałowie do Nałęczów!
— Droga wolna.
— Nałęczowie do Łodziów!
— Przejście! Przejście!
— Poraje do Leszczyców!
— Tędy, panie.
Żadne wiadomości nie wychodziły jedynie z wielkiego okrągłego namiotu z chorągwią Zarembów — Czarnym Półlwem. Wewnątrz, wokół masywnego stołu, siedzieli bracia: Janek, Arkenbold, Szymon i Marcin. Na zasłanym mapą Starszej Polski stole grali w kości. Milczący płomiennowłosy giermek nalewał swym panom wino do prostych, choć lśniących srebrem kielichów. Szkarłatna kropla oderwała się od dzbana, spłynęła po krzywiźnie brzucha i kapnęła na kości. Janek uniósł głowę. Giermek skurczył się i oddalił w mrok.
W tym samym czasie nieopodal, w strzegącej przeprawy przez rzekę warowni joannitów, dwaj bracia, książęta Przemysł i Bolesław, czekając na nastanie świtu, pod maltańskim krzyżem rycerzy Świętego Jana czuwali, czytając psalmy. Między nimi leżał wyjęty z pochwy miecz. Starszy brat od lat nazywał go Gladius Dei, miecz boży. Młodszy, Bolesław, nadał mu tej nocy własne imię: Agnus Dei, Baranek Boży. Na książęcych płaszczach obu braci stały majestatyczne lwy, rodowy znak książąt Starszej Polski. Bracia maltańscy oddali im do dyspozycji najwystawniejsze pomieszczenie w swej skromnej warowni, kaplicę. Ława z polerowanego drewna, na niej ciężki krzyż jerozolimski z ciemnego żelaza. Kilka skrzyń okutych, w których rycerze zakonu trzymali swe najcenniejsze skarby. Stojący świecznik, wysmukły niczym wieże Jeruzalem, którego ongiś strzegli. I zetlały gobelin na ścianie, przedstawiający ich świętego patrona, Jana Chrzciciela. W istocie zaś tylko jego głowę odciętą, podaną Herodowi na tacy. Czas nadwątlił jedwabne nici i tkanina pruła się miejscami. Czyjaś niewprawna ręka próbowała naprawić zniszczoną materię, lecz gruba szara fastryga przyszyła jedynie głowę świętego do srebrnego otoku tacy, dokonując tego, co w naturze niemożliwe.
Na skraju lasu, po drugiej stronie Warty, w olbrzymim orlim gnieździe, jak co roku w maju, samica pilnowała nowo wyklutych piskląt. Samiec wracał już z polowania. Lądując na obrzeżu, spojrzał w złote oko swej orlicy. Krzyknęła do niego smutno i uniosła się na potężnych łapach. Przestępując z jednej na drugą, pokazała mu lęg. Orzeł zajrzał do gniazda i zamilkł. Dwa z czterech piskląt nie żyły. Młode, pokryte ciemnym puchem ptaki kończyły zjadać swych braci. Samiec rzucił im upolowaną przez siebie srebrzystołuską rybę. Pisklęta rozerwały ją w mgnieniu oka i wróciły do dziobania wyklutej z jednej matki padliny. Orlica i orzeł wzbiły się w powietrze, a cień ich potężnych skrzydeł przysłonił gniazdo. Dopiero teraz młode uniosły głowy. Strzęp padliny wypadł z rozwartego dzioba jednego z piskląt. Drugie natychmiast go pochwyciło i przełknęło, krztusząc się, lecz nie spuszczając z oczu krążących nad gniazdem rodziców. Cień ich skrzydeł wyglądał drapieżnie i orlęta zakwiliły, wyciągając szyje.
Z nastaniem świtu starszy z braci, Przemysł, wstał sprzed ołtarza i zgasił świecę. W szarej smudze budzącego się dnia czekał, aż skończy się modlić młodszy. Bolesław jednak wciąż jeszcze rytmicznie powtarzał psalmy. Dopiero gdy słońce wpadło przez wąskie okno warownej wieży joannitów, podniósł się z kolan, przeżegnał i potarł zmęczone czuwaniem powieki. Przemysł podał mu kosztownie zdobioną pochwę, a Bolesław włożył do niej — swój od tej chwili — miecz. Agnus Dei. Starszy brat przypasał go młodszemu. Lwy na ich płaszczach zaryczały, wyprężając piersi. Puścił jeden splot szwu starego gobelinu i głowa Jana Chrzciciela zakołysała się na tacy.
W obozowisku rycerstwa Starszej Polski dogasały ogniska. Straże czuwały, psy niepilnowane przez śpiącą służbę ogryzały kości i wylizywały miski po nocnej uczcie. Było bezwietrznie, chorągwie na szczytach namiotów zwisały, sennie owijając się wokół drzewców.
Ludzie joannitów, którzy całą noc nosili poselstwa między głowami rodów, wracali do komandorii. Słudzy zakonu i bracia dowódcy zaczynali poranną wartę przy przeprawie. Na rzekę wypływały pierwsze łodzie i tratwy. Na nich beczki pełne piwa i miodu, kosze chleba i cebuli, stosy mięsa, by rycerstwo mogło obradować kolejną noc.
Tylko w namiocie Zarembów nie zmieniło się prawie nic. Bracia siedzieli przy tym samym stole, płomiennowłosy giermek lał im wino do tych samych srebrnych kielichów. Dziób dzbana troskliwie osłaniał jasną szmatką. Jednak przy bliższym przyjrzeniu widać było, iż już zakończyli grę, a kości ułożyli na mapie starannie. Janek Zaremba wstał pierwszy. Uścisnął prawicę braciom, po starszeństwie, kolejno.
— I tego będziemy strzegli!
Po raz ostatni wznieśli w górę kielichy i wypili, jak zawsze zgodni.
Czarny półlew, rodowy znak Zarembów, uderzył ostrym ogonem w wyhaftowany na proporcu mur, który skrywał dolną część jego masywnego cielska. Chorągiew się zachwiała. Półlew odbił się potężnymi łapami od muru i jednym skokiem znalazł przy swych panach, poświadczając składaną przez nich przysięgę.
Korona śniegu i krwi
Czasy Wielkiego Rozbicia. Potężne ongiś królestwo w sercu Europy rozpadło się na księstwa, którymi władają skłóceni ze sobą Piastowie. Od wielu lat Polska nie ma króla. Na opustoszały tron padają pożądliwe spojrzenia sąsiednich władców. W głębi lasów budzą się ludzie Starszej Krwi, a wraz z nimi zapomniane przez stulecia demony. Z herbów schodzą bestie, by w walce wspom...
Spodobał Ci się fragment?
e-book · audio
e-book · audio
e-book · audio
e-book · audio