Prolog
Ponad nędzą kamienistych poletek i chat przyklejonych do ziemi bodaj na słowo góralskiego honoru, ponad rozpaczą beznadziejną krzywych rozstajnych kapliczek i górskich cmentarzyków, gdzie jarzębina tylko purpurę korali na opuszczone groby w noc zaduszną rzuca, niósł się rozpaczliwy jęk smreków bijących pokłony pod grozą halnego. Z turni wzniosłych, stromych, okrytych wyiskrzoną bielą, a przywodzących na myśl pienistą grzywę niebosiężnej kamiennej fali zastygłej ponad zatrwożoną doliną, schodził ten wiew dziki, ciepły niby a bezlitosny, w ciemnię kosodrzewiny i niżej w biel mgieł, w dole zaległych. Wtórował mu wieczyście młodzieńczy, krzepki huk walących się z gór potoków, jakby sam Berlioz dyrygował dwiema skłóconymi ze sobą gigantycznymi orkiestrami.
Po chatach, pensjonatach i sanatoriach wiatr wprawiał w miłosne drżenie co silniejszych gruźlików, co słabszych przyprawiał o obłęd i iście tyfusową gorączkę, a tych, którzy stali na krawędzi śmierci, popychał lekko w jej czarną rozpadlinę, tak że marli dziesiątkami, zostawiając gaździnom przywiezione z miasta barometry, czerwone lampiony z chińskiej bibułki i przedmiot szczególnego tutaj pożądania: parasole.
W halnej wichurze – rzadkiej w początkach lata – zawodzący smętek przeplatał się z dudniącą dzikością jak dwa splątane korzenie wyniosłej limby; omamionym zmysłom zdawało się czasem, że wychwytują z tego zgiełku to góralskie gęśle, to fujary juhasów o twarzach spalonych słońcem, to gadkę snutą wokół nieconych przed szałasami watr.
Tej jednak nocy wybrzmiał dźwięk inny, groźniejszy jeszcze: z początku trzaskający cicho, potem coraz głośniejszy, aż buchnął pod niebo, podsycany wichrem. Był to, pełen piekielnych wizgów i łoskotów, huk pożaru. Pióropusze ognia unosiły się nad chatą, jakby z grobów powstali dawni zbójnicy-piekielnicy i tańcowali teraz krzesanego, zaiste mający zamiast obcasów krzesiwa, z których szły snopy iskier jak z fajerwerków. Buzujący żar wypalił już od środka i okna, i drzwi, tak że dom otwarty był na przestrzał, ogień zaś zdawał się jedynym jego lokatorem, rozpierającym się po izbie białej i po izbie czarnej jak letnik, który dla odmiany nie zamierza nikomu płacić, a tylko żreć, żreć i żreć.
Na szczęście Zofia Szczupaczyńska wybrała się do Zakopanego dwa tygodnie później, kiedy halny już minął.
Szaleństwo i śmierć spłyną z gór
TRUP SPOD SAMIUŚKICH TATERWiek XX rozpędza się niczym oszalała lokomotywa, gdy Zofia Szczupaczyńska otrzymuje z Zakopanego dramatyczny telegram: ZBRODNIA STOP PROSZĘ PRZYJECHAĆ NIEZWŁOCZNIE STOPJej serce zaczyna bić szybciej, ale czy tylko z powodu treści wiadomości? Profesorowa nigdy nie ignoruje takich wezwań – nawet jeśli przychodzą z miejsc, które są znane bardziej z oscypk...
Spodobał Ci się fragment?
e-book · audio
e-book · audio
e-book · audio
e-book · audio