Rozdział 1
Wtedy
Odźwierny się nie uśmiechnął.
Ta świadomość przez cały czas zatruwa mi myśli, kiedy jadę windą na piętro Ethana. Vincent był moim ulubionym odźwiernym, odkąd Ethan się tu wprowadził. Zawsze się uśmiecha i chwilę gawędzimy. Ale dzisiaj po prostu przytrzymał drzwi z kamienną twarzą. Żadnego: „Dzień dobry, Quinn. Jak tam podróż?”.
Chyba każdy ma czasem gorszy dzień.
Zerkam na telefon i widzę, że jest już po siódmej. Ethan powinien się zjawić o ósmej, więc będę miała mnóstwo czasu, żeby zaskoczyć go kolacją. I sobą. Wróciłam dzień wcześniej, ale postanowiłam nic mu nie mówić. Tak dużo czasu spędzaliśmy na planowaniu wesela, że minęło parę tygodni od naszego ostatniego porządnego posiłku w domu. I od seksu.
Docieram na piętro Ethana, wysiadam z windy i od razu się zatrzymuję. Po korytarzu, pod samymi drzwiami do jego mieszkania przechadza się jakiś facet. Robi trzy kroki, potem się zatrzymuje i zerka na drzwi. Robi trzy kroki w drugą stronę i znów przystaje. Obserwuję go, mając nadzieję, że sobie pójdzie, ale nic z tego. Po prostu dalej chodzi w tę i we w tę, zerkając na drzwi Ethana. To chyba żaden z jego kolegów. Poznałabym go.