– Mamusiu. Słyszałaś, co powiedziałam? Mówię, że bardzo schudłam. Wreszcie zeszłam do czterdziestu kilogramów.
Siedzę przy łożu śmierci matki, przekonana, że obudzi ją tylko informacja o osiągnięciu wagi idealnej, jaką sobie dla mnie wymarzyła. Stres związany z jej chorobą wreszcie dał mi kopa do działania i wywołał jadłowstręt. Czterdzieści kilo. Pewna sukcesu rozsiadam się na krześle i z dumą zakładam nogę na nogę. Czekam, aż się ocknie. I czekam. I czekam.
Ale gdzie tam. Ona się nie budzi. Nic z tego nie rozumiem. Jeśli moja waga to za mało, żeby obudzić mamę, nic jej nie ruszy. Jeśli nic jej nie ruszy, oznacza to, że ona naprawdę umrze. A jeśli naprawdę umrze, to co ja ze sobą pocznę? Moim życiowym celem zawsze było uszczęśliwianie mamy, bycie tym, kim chciała, żebym była. Kim mam teraz być bez niej?