W hali przylotów roiło się od trzymających tabliczki z nazwiskami przedstawicieli biur podróży i kierowców limuzyn, ale Harry na żadnej nie dostrzegł swojego. Już miał szukać taksówki, kiedy między tabliczkami, wyraźnie zmierzając w jego stronę, przecisnął się ciemnoskóry mężczyzna z niezwykle szerokim nosem i czarnymi kręconymi włosami, ubrany w jasnoniebieskie dżinsy i hawajską koszulę.
– Mister Hoo-li, prawda? – oświadczył triumfalnie.
Harry Hole przez moment odczuł zaskoczenie. Nastawił się na to, że początek pobytu w Australii będzie musiał poświęcić na korygowanie wymowy swojego nazwiska tak, by nie nazywano go „dziurą”. „Święty”[1] brzmiało o wiele lepiej.
– Andrew Kensington. Jak się pan miewa? – Mężczyzna, szczerząc zęby w uśmiechu, wyciągnął wielką dłoń.
Chwyt miał mocny jak imadło.
– Witamy w Sydney. Mam nadzieję, że podróż minęła dobrze – dodał serdecznie, jak echo powtarzając słowa stewardesy sprzed zaledwie dwudziestu minut. Chwycił prawie nową walizkę Harry’ego i ruszył w stronę wyjścia, nie oglądając się za siebie. Harry pospieszył za nim, starając się nie stracić z oczu jego pleców.
– Pracuje pan dla policji w Sydney? – zapytał.
– Jasne. Uwaga!