Następnego dnia wszystko wydawało się w porządku. Na polecenie pielęgniarek wyszedłem z oddziału o normalnej porze, czyli o piątej po południu, pozostawiając matkę i dziecko do rana pod ich opieką. Teraz, z niewielkim opóźnieniem, mogłem rozesłać pocztą elektroniczną informację o narodzinach syna. Niektórzy z moich przyjaciół przeczytali tę radosną wiadomość w tej samej chwili, gdy dotarła do nich wieść o katastrofie, która zabrała życie innych. Jeden z nich – uczony, którego poznałem w Wiedniu w poprzednim stuleciu – wychodził właśnie w pośpiechu, by zdążyć na odlatujący z Warszawy samolot. Mój list, choć mknął z prędkością światła, nie zdołał go dogonić.
Rok 2010 był czasem refleksji. Kryzys finansowy sprzed dwóch lat zniszczył znaczną część światowego dobrobytu, a powolne i niepewne ożywienie sprzyjało bogatym. Urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych sprawował Afroamerykanin. Wielka przygoda Europy z początku XXI wieku, jaką było rozszerzenie Unii Europejskiej na wschód, wydawała się zakończona. Minęło 10 lat od początku stulecia, 20 od końca komunizmu w Europie i 70 od wybuchu II wojny światowej – nadszedł czas rozrachunków.