Rankiem ruszyli w dalszą drogę. Bezludna okolica. Skóra z dzika przybita do wrót stodoły. Wyleniała. Kłak zamiast ogona. W środku u krokwi wisiały trzy trupy, wyschłe i zakurzone wśród smug bladego światła. Może coś tutaj znajdziemy, powiedział chłopiec. Kukurydzę albo coś innego. Idziemy, odparł mężczyzna.
Najbardziej martwił się o buty. O buty i jedzenie. Zawsze jedzenie. W kącie starej wędzarni pokrytej gontem znaleźli szynkę wiszącą wysoko na rożnie. Wyglądała jak coś wydobytego z grobowca, tak była wyschnięta i pomarszczona. Wbił nóż. Pod spodem ciemnoczerwone, słone mięso. Pożywne i smaczne. Wieczorem upiekli szynkę na ogniu, grube plastry, które poddusili potem w puszce z fasolą. Później, już w nocy, obudził się, sądząc, że słyszy bębny dudniące pośród ciemnych niskich wzgórz. Ale potem wiatr zmienił kierunek i zapadła cisza.