I widzę siebie, jak stoję i patrzę na obraz z dwiema kreskami, fioletową i brązową, które krzyżują się pośrodku, na podłużny obraz, i widzę, że malowałem te linie powoli, gęstą farbą olejną, a farba spłynęła i w miejscu, gdzie brązowa linia krzyżuje się z fioletową, kolory, ściekając, pięknie się mieszają, i myślę sobie, że to nie jest żaden obraz, ale jednocześnie obraz jest taki, jaki powinien być, jest skończony, nie pozostało nic więcej do zrobienia, myślę, i muszę go usunąć, nie chcę, żeby dłużej stał na sztalugach, nie chcę więcej na niego patrzeć, myślę, no i myślę, że dziś jest poniedziałek, myślę też, że muszę odstawić ten obraz do innych obrazów, nad którymi pracuję, ale których jeszcze nie skończyłem, tych, które stoją zwrócone blejtramami na zewnątrz między drzwiami do alkowy a drzwiami do sieni, pod haczykiem, na którym wisi brązowa skórzana torba na ramię, mam w niej szkicownik i ołówek, a potem patrzę na dwa rzędy gotowych obrazów opartych o ścianę koło drzwi kuchennych, mam gotowych z dziesięć większych obrazów i cztery czy pięć małych, mniej więcej, w sumie jest ich czternaście i stoją w swoich rzędach jeden za drugim koło kuchennych drzwi, bo niedługo mam mieć wystawę, większość obrazów jest mniej lub bardziej kwadratowa, jak mawiają, myślę, ale czasami maluję też obrazy, które są długie i wąskie, a ten z dwiema krzyżującymi się liniami jest prostokątny, jak mawiają, ale tego obrazu nie chcę na swojej następnej wystawie, bo właściwie ani trochę mi się nie podoba, może to w ogóle nie jest żaden obraz, tylko dwie kreski, albo może chcę go zachować dla siebie, nie sprzedawać?