On i jego żona sprawiali wrażenie ludzi pogodnych, uprzejmych, a co ważniejsze, niewinnych, może nawet nieco naiwnych. Było to zasadniczo jedyne, co ich łączyło – oprócz tego nie mogli różnić się bardziej. On ledwo mówił po polsku, miał słabe wykształcenie i trudno było uznać go za przystojnego. Ona posługiwała się polskim niemal bez obcego akcentu, skończyła zarządzanie projektami na SGH i wyglądała jak z okładki czasopisma lifestyle’owego.
Kiedy zostawiła ich samych, Kordian przysunął sobie krzesło, a potem usiadł przy łóżku. Przez moment przyglądał się człowiekowi, którego miał bronić, i starał się stwierdzić, czy ten naprawdę stracił pamięć.
Jeśli nie, to z pewnością potrafił świetnie udawać człowieka zagubionego.
– Zanim zaczniemy, wyjaśnijmy sobie pewne sprawy – odezwał się Oryński.
Leżący na łóżku Ukrainiec postarał się lekko skinąć głową.
– Nie będę pytał, czy to zrobiłeś, czy nie.
– Ale…
– Żadnego prawnika nie interesuje, czy jego klient jest winny – kontynuował Kordian. – Liczy się tylko to, czy daną sprawę można wygrać. Jasne?
– Charaszo.
– Żeby wygrać twoją, muszę znać wszystkie fakty. I obojętne mi, czy świadczą na twoją korzyść.
– Ja zrozumiał.
Oryński przysunął się do łóżka.