– Ja nawet nie wiedział o żadnej kradzieży.
Broń nigdy się nie odnalazła, a więc formalnie nie potwierdzono, że to Demczenko ją zwinął – z czysto logicznego punktu widzenia trudno było jednak złożyć to na karb przypadku.
– I tym bardziej nie miał z nią nic wspólnego.
– Według prokuratury miałeś z nią bardzo wiele wspólnego.
– Kłamią.
Kordian widział, że Demczenko chciał powiedzieć więcej. Gorączkowo usiłował się wytłumaczyć, ale nawet przy dobrej kondycji umysłowej pewnie miałby problem z wysławianiem się po polsku.
– Tyle wystarczy, żeby oskarżać niewinnego człowieka? – zapytał w końcu.
Oryński nawet się nie zawahał.
– Tak – odparł, a potem ruszył do wyjścia.
– Panie mecenasie…
– Zrobię, co trzeba – uciął Kordian, zatrzymując się przy łóżku. – Ale musisz powiedzieć mi o wszystkim, co może mi się przydać. A tym bardziej o tym, co może przydać się drugiej stronie.
– Tak, ja wiem – odparł Witalij i zamknął oczy. – I miałem powiedzieć panu coś.
Oryński zmarszczył czoło.
– Co?
Rozmówca z trudem przełknął ślinę, jakby rozmowa zaczęła sprawiać mu większą trudność.
– Żeby… żeby się pan nie bał strzelać do nieznajomych.