Od dawna opowiadałem się po tej drugiej stronie. Musk wydawał mi się marzycielem z dobrymi intencjami – pełnoprawnym członkiem technologiczno-utopijnego klubu Doliny Krzemowej. Grupa ta zdaje się być czymś pomiędzy wyznawcami filozofii Ayn RandI a apodyktycznymi inżynierami, którzy postrzegają swoje hiperlogiczne światopoglądy jako uniwersalną odpowiedź na wszystko. Jeśli tylko zejdziemy im z drogi, rozwiążą wszystkie nasze problemy. Pewnego dnia, w niedalekiej przyszłości, będziemy mogli ściągnąć nasze mózgi na dyski komputera, odprężyć się i pozwolić algorytmom zająć się resztą. Spora część ich ambicji okazuje się inspirująca, a ich prace – użyteczne. Technologiczni utopiści stają się jednak męczący ze swoimi frazesami i tendencją do jałowego paplania całymi godzinami. Jeszcze bardziej niepokojący jest ich podstawowy przekaz, zgodnie z którym ludzie są wadliwi, a ludzkość w obecnym kształcie stanowi kłopotliwe brzemię, z którym należy się uporać w odpowiednim momencie. Gdy spotykałem się z Muskiem na imprezach w Dolinie Krzemowej, jego pretensjonalne wypowiedzi wydawały się żywcem wyjęte z technologiczno-utopijnego poradnika.