Nasza rozmowa rozpoczęła się dyskusją na temat ludzi z branży PR. Musk notorycznie szybko odsiewa swoich pracowników działu PR, a Tesla była właśnie w trakcie procesu poszukiwania nowego szefa działu komunikacji. „Kto jest najlepszym PR-owcem na świecie?” – spytał w bardzo typowy dla siebie sposób. Potem rozmawialiśmy o wspólnych znajomych, Howardzie Hughesie i fabryce Tesli. Gdy kelner podszedł przyjąć zamówienie, Musk spytał o coś odpowiedniego dla osób na diecie niskowęglowodanowej. Zamówił kawałki smażonego homara w czarnym sosie z atramentu kałamarnicy. Negocjacje jeszcze się nie rozpoczęły, a Musk już wygrał. Zaczął od swojej największej bolączki, twierdząc, że dyrektor generalny i współzałożyciel Google, Larry Page, może właśnie budować armię inteligentnych robotów zdolnych zniszczyć rasę ludzką. „To naprawdę mnie niepokoi” – powiedział Musk. Niewiele zmieniał fakt, że przyjaźnił się blisko z Page’em, ani że uważał go za osobę o fundamentalnie dobrych intencjach, a nie za Doktora Zło. W rzeczy samej, tu właśnie tkwił problem. Dobrotliwa natura Page’a pozwalała mu sądzić, że maszyny zawsze będą nam służyć. „Ja nie jestem takim optymistą” – powiedział Musk.