W efekcie uprzytomniłem sobie również, że problem nie leży w ignorancji czy złej woli, ale raczej w silnie utrwalonym i nadmiernie uproszczonym spojrzeniu na drugą wojnę światową, propagowanym przez minione pięćdziesiąt czy sześćdziesiąt lat. Niemal każdy z moich rozmówców uważał wojnę za nieskomplikowany, dialektyczny konflikt między „nami” i „nimi”, między „Dobrem” i „Złem”. „My” oznaczało aliantów, których krucjatę w dążeniu do Wolności, Sprawiedliwości i Demokracji nieodmiennie utożsamiano z „Dobrem”. „Oni”, czyli wyjątkowo zły wróg, przeciwko któremu zjednoczyły się wszystkie zdrowo myślące siły, byli utożsamiani wyłącznie z Trzecią Rzeszą. Powstał więc schemat redukcyjny, dwubiegunowy i w moim przekonaniu z gruntu niewłaściwy. Pomaga on natomiast zrozumieć, dlaczego powstanie w warszawskim getcie – centralny punkt Holokaustu – było łatwe do wytłumaczenia i wobec tego godne pamiętania, podczas gdy powstanie z 1944 roku było uważane za pełne niejasności i dlatego niewarte pamięci. Argument brzmiał: „Wszyscy walczyliśmy z Hitlerem. A Stalin stał po właściwej stronie, prawda?