Gra o tron
George R.R. Martin — Science fiction

Serce w jego piersi zamarło. Przez moment nie miał odwagi oddychać. Blask księżyca ukazywał wyraźnie całą scenę: popiół w palenisku, przykryty śniegiem szałas, ogromny głaz i mały, na wpół zamarznięty strumień. Nic się nie zmieniło.

Zniknęły tylko ciała. Wszystkie.

— Bogowie! — Usłyszał za sobą. Miecz przeciął gałąź, kiedy ser Waymar Royce dotarł na grzbiet wzgórza. Stanął obok drzewa; z mieczem w dłoni oraz w spływającym z ramion i łopoczącym na wietrze futrze tworzył niezwykle malowniczą postać, doskonale widoczną na tle rozgwieżdżonego nieba.

— Na dół! — syknął Will. — Coś tu jest nie tak.

Royce nawet nie drgnął. Spojrzawszy na pustą polankę, roześmiał się.

— Will, zdaje się, że twoi zmarli zwinęli obóz.

Will chciał mu odpowiedzieć, ale nie mógł wydobyć z siebie głosu, nie potrafił znaleźć odpowiednich słów. To niemożliwe. Przesuwał wzrokiem po opuszczonym obozowisku i zatrzymał go na toporze. Ogromny berdysz o podwójnym ostrzu leżał dokładnie w tym samym miejscu, w którym go widział wcześniej. Bardzo cenna broń...