Jak płakać w miejscach publicznych
Emilia Dłużewska — Literatura

cytryny

Każdej tragedii towarzyszy coś zabawnego. Jeśli to zdanie was pociesza, spróbujcie jeszcze raz. Każdej tragedii towarzyszy coś zabawnego. I to nie jest dobra wiadomość. W ludzkiej egzystencji byłoby dużo więcej godności, gdyby cierpienie występowało w stanie niezmąconym, dostając człowieka na wyłączność. Ale życie nie potrafi się powstrzymać. Ludzie przeżywali Zagładę, by zginąć, poślizgnąwszy się na mydle. Stalin miał zrośnięte palce u nogi. Strumień skalnych odłamków, lodu i kamieni zmasakrował ludzi u stóp lodowca Marmolada, a premier Japonii został zastrzelony w miejscowości Nara. Nikt nigdy nie umarł przygnieciony spadającym z wysokiego piętra fortepianem, ale w 1983 roku Jimmy Ferrozzo, ochroniarz z klubu ze striptizem w San Francisco, umarł przygwożdżony fortepianem do sufitu w trakcie stosunku z jedną ze striptizerek. To, że zginął w wyjątkowo slapstickowy sposób, nie sprawiło, że mniej go bolało. Żadne z powyższych wydarzeń nie spowodowało, że świat stał się choć trochę lepszy. Śmiech nie redukuje smutku – dryfuje obok, udając, że nie ma z nim nic wspólnego.