W środę ósmego sierpnia 1956 roku, około godziny dwudziestej drugiej, ze sceny zbitej z desek schodzi sześciu młodych jazzmanów w czarnych ubraniach.
Krzysztof Komeda Trzciński – lekarz – pianista.
Jan Wróblewski – student mechanizacji rolnictwa – saksofonista barytonowy.
Jerzy Milian – plastyk – wibrafonista.
Jan Zylber – inżynier – perkusista.
Józef Stolarz – student konserwatorium – kontrabasista.
Stanisław Pludra – zawodowy muzyk, miłośnik bobrów – saksofonista altowy.
Otacza ich tłum ludzi, ściskają im dłonie, rzucają się na szyje, dziennikarze proszą o kilka słów dla czytelników.
Ktoś się przepycha. To reżyser Andrzej Munk, pracuje dla Polskiej Kroniki Filmowej:
– Chciałbym jeszcze dziś w nocy nagrać wasz Memory of Bach.
*
Po Sekstecie na scenę wyjdą Melomani. Największa gwiazda polskiego jazzu.
Zdaniem Kościelnego będą nudni: „Pewien złośliwy muzyk (...) zaproponował przechrzczenie ich nazwy na Megalomani. Jest to bowiem zespół z primadonną, której imię i nazwisko brzmi Jerzy Matuszkiewicz”[20].
*