PZ: Wydaje się, że III wojna światowa, przynajmniej w pierwszej fazie, będzie się toczyła daleko od naszych granic. Punktem zapalnym będzie Azja, rejon Pacyfiku. Amerykańska opinia publiczna – bo oczywiście nie ludzie, którzy decydują w Waszyngtonie o polityce – wierzy, że międzynarodowa gra to starcie dobra ze złem. Polacy, nawiasem mówiąc, również w to wierzą. W rzeczywistości jednak chodzi o współzawodnictwo mocarstw. Kluczem jest równowaga sił, której Ameryka stara się być strażnikiem. Za każdym razem, gdy pojawia się mocarstwo, które pretenduje do roli lokalnego hegemona, czyli zagraża równowadze sił w Eurazji, Ameryka to mocarstwo próbuje powstrzymać, a potem je niszczy. Cztery przykłady: Wilhelmińskie Niemcy podczas I wojny światowej, III Rzesza, Cesarstwo Japonii i Związek Sowiecki. W tym ostatnim wypadku zimna wojna nie przeszła w gorącą, ale doprowadziła do upadku sowieckiej gospodarki i państwo, które rzuciło wyzwanie Stanom Zjednoczonym, zostało wyeliminowane. Teraz pretendentem do lokalnej, a być może globalnej, hegemonii są Chiny.