Nic zwyczajnego. O Wisławie Szymborskiej
Michał Rusinek — Biografie pisarzy

Dwadzieścia lat wcześniej, przed maturą, jechałem autobusem w odwiedziny do koleżanki z klasy, która umierała na raka. Przychodziło do niej kilka osób, na zmianę. Do każdego z nas miała jakąś prośbę. Ode mnie chciała pożyczyć wiersze Szymborskiej. Wiedziała, że moi rodzice mają sporą bibliotekę. Wziąłem więc kilka tomików, na pewno Sto pociech i Ludzi na moście. Wówczas wolałem zupełnie inną literaturę. Poezję Szymborskiej uważałem – nie wiem dlaczego – za kobiecą. A więc nie dla mnie. Koleżanka mieszkała na drugim końcu Krakowa. Z nudów zajrzałem do Stu pociech: „Ciągnęliśmy zapałki, kto ma pójść do niego. / Wypadło na mnie. Wstałem od stolika. / Zbliżała się już pora odwiedzin w szpitalu. (...) // Wyglądał, jakby się wstydził umierać. / Nie wiem, o czym się mówi takiemu jak on. / Mijaliśmy się wzrokiem jak w fotomontażu. (...) // Rozbolała mnie głowa. Kto komu umiera? / Chwaliłem medycynę i trzy fiołki w szklance. / Opowiadałem o słońcu i gasłem. // Jak dobrze, że są schody, którymi się zbiega. / Jak dobrze, że jest brama, którą się otwiera”... To był wiersz o mnie, wówczas.