Otworzyłem usta, ale nie zdołałem niczego z siebie wydusić. Kategoryczność w jego głosie zupełnie zbiła mnie z tropu. Prokocki oderwał wzrok od monitora, nabrał głęboko tchu i popatrzył na mnie ze współczuciem.
– Od tamtej pory nie związał się z pan z nikim, prawda? – zapytał.
– Nie, nie związałem. Ale co to ma do rzeczy?
– Wciąż jej panu brakuje, więc to naturalne, że…
– Chyba pan żartuje.
– Takie rzeczy się zdarzają.
Wymierzyłem palcem w monitor, jakbym miał kogoś oskarżać.
– Widzi pan to samo co ja?
– Widzę dziewczynę podobną do Ewy, panie Werner. To wszystko.
Przestąpiłem z nogi na nogę i rozejrzałem się bezradnie, jakby nagle mógł zjawić się tutaj ktoś, kto mi pomoże.
– Przecież to ona, do cholery – rzuciłem. – Nie widzi pan?
Znów zrobił wdech.
– Niestety nie mogę się z panem zgodzić – powiedział urzędowym tonem. – Owszem, jest pewne podobieństwo, ale…
– Wiem, jak wygląda moja narzeczona.
Podniósł się powoli, jakby bał się, że inaczej mnie urazi. Położył mi rękę na ramieniu, a potem zaczął powoli tłumaczyć, że wiedziałem, jak wyglądała dziesięć lat temu, i umysł płata mi teraz figle. Ciągnął przez kilka minut, a ja z każdym kolejnym zdaniem słuchałem go z coraz mniejszą uwagą.