Nie czułem metalicznego posmaku w ustach, choć krew wylewała się z nich niemal strumieniem. Obraz przed oczami miałem zamglony, mimo to wyraźnie widziałem, jak rzucają Ewę na ziemię kawałek dalej.
Mówili coś, śmiali się, Ewa krzyczała. Do dziś nie potrafię wyłowić z pamięci jej słów.
Próbowałem wstać, ale szybko sprowadzili mnie z powrotem na ziemię. Wystarczyło jedno dobrze wymierzone uderzenie. Kiedy upadłem, natychmiast zacząłem czołgać się w kierunku narzeczonej.
Już się nią zajmowali. Jeden z nich zerwał z niej bluzkę, drugi zaczął mocno ściskać piersi. Krzyczałem bezgłośnie, a przynajmniej tak mi się wydawało, kiedy nadaremnie starałem się do niej zbliżyć.
W pewnym momencie dostrzegli moje żałosne próby. Oberwałem kopniakiem w głowę, na moment zrobiło mi się ciemno przed oczami. Kiedy na powrót mogłem cokolwiek zobaczyć, jeden z nich ściągał Ewie spodnie.
Świat stał się nierealny. Zduszony czymś ciężkim, tak jak krzyk mojej narzeczonej, kiedy jeden z napastników zasłonił jej usta. Odgrażałem się, kląłem, a potem błagałem ich, żeby przestali. Kiedy nie pozostało mi nic innego, zacząłem prosić Boga, żeby zainterweniował. Obiecywałem mu wszystko, byleby ocalił Ewę.