Niezwyciężony
Stanisław Lem — Klasyka science fiction

Czarny deszcz

„Nie­zwy­cię­żo­ny”, krą­żow­nik dru­giej kla­sy, naj­więk­sza jed­nost­ka, jaką dys­po­no­wa­ła baza w kon­ste­la­cji Liry, szedł fo­to­no­wym cią­giem przez skraj­ny kwa­drant gwiaz­do­zbio­ru. Osiem­dzie­się­ciu trzech lu­dzi za­ło­gi spa­ło w tu­ne­lo­wym hi­ber­na­to­rze cen­tral­ne­go po­kła­du. Po­nie­waż rejs był sto­sun­ko­wo krót­ki, za­miast peł­nej hi­ber­na­cji za­sto­so­wa­no po­głę­bio­ny sen, w któ­rym tem­pe­ra­tu­ra cia­ła nie opa­da po­ni­żej dzie­się­ciu stop­ni. W ste­row­ni pra­co­wa­ły tyl­ko au­to­ma­ty. W ich polu wi­dze­nia, na krzy­żu ce­low­ni­czym, le­ża­ła tar­cza słoń­ca, nie­wie­le go­ręt­sze­go od zwy­kłe­go czer­wo­ne­go kar­ła. Kie­dy jej krąg za­jął po­ło­wę sze­ro­ko­ści ekra­nu, re­ak­cja ani­hi­la­cyj­na zo­sta­ła wstrzy­ma­na. Przez ja­kiś czas w ca­łym stat­ku pa­no­wa­ła mar­twa ci­sza. Bez­dź­więcz­nie dzia­ła­ły kli­ma­ty­za­to­ry i ma­szy­ny cy­fro­we. Usta­ła naj­de­li­kat­niej­sza wi­bra­cja to­wa­rzy­szą­ca emi­sji świetl­ne­go słu­pa, któ­ry przed­tem wy­pa­dał z rufy i jak nie­skoń­czo­nej dłu­go­ści szpa­da za­nu­rzo­na w mro­ku po­py­chał od­rzu­tem sta­tek.