Gnejsowe głazy, z których dawno temu zbudowano piwnicę, są pokryte porostami, a z sufitu zwisają korzenie roślin, które zarastają sklepienie od zewnątrz. Natura każdą szparą wdziera się do środka i tworzy żywe zasieki wokół budynku. To dobrze, myślę, bo dzięki temu nikt mnie tu nie znajdzie, jestem bezpieczna.
Jakby w odpowiedzi gdzieś z całkiem bliska nadpływa nawoływanie i ujadanie psów. Ktoś raz za razem wykrzykuje moje imię:
– Ma-nia, Ma-nia…! – Niesie się echem po górach.
Drżę. Na wszelki wypadek zabieram nogi ze smugi światła, mocniej oplatam ramionami półnagie ciało i spłoszona wklejam się w mrok.
W przeciwległym kącie coś się porusza. Zapach zgnilizny i lnu się wzmaga, a piwnicę wypełnia spokojny dziewczęcy głos:
– Schlaf, mein Engelchen1.
Rozumiem każde słowo, chociaż słabo znam niemiecki. Powinnam się wystraszyć, lecz w szepcie jest coś kojącego i wzbudzającego zaufanie. Chcę nawet zapytać, kto tu jest, ale chyba kolejny raz tracę świadomość, a gdy ją odzyskuję, ogarniają mnie cisza i ciemność.
Jak długo już tu jestem? Noc i dzień, kolejną noc i kolejny dzień?