Wyczerpana opadam z powrotem na poduszkę z traw.
Dziewczyna siada pod ścianą nieopodal mojej głowy i nie przestając się uśmiechać, głaszcze mnie po włosach.
– A teraz śpij. Schlaf, meine Liebe2. Sen jest dobry. Pozwala zapomnieć.
Jestem zmęczona. Śmiertelnie zmęczona. Dziewczyna pachnąca lnem ma rację: sen jest dobry. Potrzebuję go. Powieki znowu mi opadają…
Budzi mnie szept:
– Du musst aufwachen3.
I męski głos dochodzący od strony zasypanego gruzem wejścia.
– Jest tutaj! Mamy ją!
Otwieram oczy. Ostre światło wdziera się do piwnicy przez krzaki dzikiej róży, które mężczyzna ubrany w policyjny mundur odciąga na bok.
– Znalazłem ją. Chodźcie tu, prędko! – wydziera się przez ramię, wyraźnie z siebie zadowolony.
Liście, którymi byłam przykryta, musiały zsunąć się ze mnie w nocy, bo znowu czuję kamienny chłód. A teraz – gdy zza krzewu spogląda na mnie tamten gliniarz – także wstyd. Nie licząc strzępów T-shirtu z podobizną Kurta Cobaina i majtek, jestem niemal naga.
Odruchowo zasłaniam piersi resztkami paproci.
W otworze pojawia się kolejna głowa. Nowo przybyły celuje światłem latarki w głąb piwnicy.
– Matko Boska… – szepcze na mój widok. A potem woła: – Mała, nic ci nie jest?!