Gdzieś dwa dni drogi przed Łuckiem, gdy mijaliśmy spalony lat temu parę przez Tatarów Lubieszów i gdyśmy przez gęste wilgotne lasy przejeżdżali, zdałem sobie sprawę, iż nie ma potworniejszej krainy na ziemi, i jąłem żałować, żem się na tę wyprawę zgodził. Miałem oto bowiem głębokie przeświadczenie, że do domu nie wrócę i że wobec tych mokradeł wszechobecnych, wobec lasu wilgotnego, niskiego nieba, kałuż pokrytych cienkim lodem, które przypominały rany jakiegoś leżącego na ziemi olbrzyma, wszyscy, biednie czy bogaciej przystrojeni, królowie, panowie, żołnierze czy chłopi, wszyscy jesteśmy niczym. Widzieliśmy strawione ogniem mury kościoła, gdzie tatarska dzicz zamknęła mieszkańców wsi i spaliła żywcem, lasy szubienic i czarne pogorzeliska ze zwęglonymi zwłokami ludzi i zwierząt. Wtedy dopiero dobrze zrozumiałem zamysł królewski, by się do Lwowa udać i w ten czas straszny, kiedy zewnętrzne siły Rzeczpospolitą rozrywają, oddać kraj pod opiekę najmocniej tutaj czczonej i wysławianej Maryi, Matce Chrystusowej, błagając ją w ten sposób o wstawiennictwo u Boga. Z początku dziwna mi się zdawała ta atencja dla Matki Boskiej.