Całe swe zawodowe życie miałem do czynienia ze zbrodnią i złem. Niestety, wszystkie te dramaty, które przedstawiałem telewidzom, wydarzyły się naprawdę. Nieraz zazdrościłem twórcom literatury kryminalnej, że w swoim świecie fikcji mogą zaintrygować czytelnika niecodziennymi bohaterami, surrealistycznymi morderstwami, meandrami sztuki śledczej, których odpowiedniki trudno znaleźć „w realu”. Ja zawsze balansowałem na linie, mając świadomość, że wśród żywych są bliscy ofiar, mordercy, a także ich rodziny. Nieraz musiałem walczyć ze swymi zapędami jako twórcy scenariusza i reżysera, które skłaniały mnie do naginania rzeczywistości tak, aby uatrakcyjnić filmową opowieść, ubarwić ją „pod telewidza”, który przecież lubi się bać, ale uwielbia też rozwiązywać zagadki kryminalne. Zawsze jednak mówiłem sobie: „stop”. I kolejny raz z zazdrością patrzyłem na autorów kryminałów, których ograniczała tylko wyobraźnia. Ja tworzyłem prawdziwy do bólu przekaz z popełnionych zbrodni (często realizowany dokładnie w tych miejscach, w których do nich doszło) w telewizyjnym „Magazynie Kryminalnym 997”, który był pierwowzorem dla wielu późniejszych programów o tej tematyce.