– Też mi się nie podoba, że media tak go ochrzciły – dodała adwokat. – Ale sam spieprzył sprawę. Gdyby zabijał w jednym miejscu, miałby chociaż pełny przydomek. Ja na jego miejscu wybrałabym Domaniewską. Tatuażysta z Mordoru. Niezłe, prawda? A tak, nie było dużego wyboru. „Tatuażysta spod Warszawy” brzmi raczej słabo, jakby mąż dojeżdżał z igłą do klientów.
Łucja odchrząknęła.
– Być może się pomyliłam – odezwała się.
– Być może tak.
Joanna przyznała w duchu, że ona także. Niepotrzebnie w ogóle oddzwaniała do kobiety, lepiej było zostawić jej prośbę bez odpowiedzi. Przynajmniej dopóty, dopóki nie rozwiąże własnych problemów.
Westchnęła, a potem podniosła się i podeszła do lodówki.
– Więc dlaczego pomyślała pani, że wezmę tę sprawę? – spytała, sięgając po butelkę z grenadyną.
– Nie wiem. Niepotrzebnie zabieram pani…
– Moment, moment. Skoro już ten czas mi pani zabrała, to niech się chociaż dowiem.
Nalała sobie na dno kieliszka, dopełniła tonikiem, a potem usiadła przy stole. Łucja zapewne zastanawiała się, czy w ogóle opłaca jej się kontynuować rozmowę.