Woda nie potrzebowała długiego czasu na znalezienie drogi pod parkietem. Nie licząc zalania w roku 1968, tym samym, w którym w kamienicy wymieniono dach, świerkowe deski bowiem schły i kurczyły się nieprzerwanie od roku 1898, więc teraz szpara między dwiema położonymi najbliżej ściany wynosiła pół centymetra. Przez tę szparę woda lała się na jedną z belek i spływała po niej coraz dalej w kierunku zachodnim, wnikając w ścianę zewnętrzną. Tam wsiąkała w wapienny tynk i zaprawę, którą ponad sto lat wcześniej sporządził mistrz murarski i ojciec pięciorga dzieci, Jacob Andersen. Podobnie jak inni murarze w Oslo, w owym czasie również Andersen przygotowywał zaprawę i tynk według własnego przepisu. Nie dość że stosował swoje wyjątkowe proporcje mieszanki wapna, piasku i wody, to jeszcze uzupełniał ją specjalnymi składnikami: końskim włosiem i świńską krwią. Jacob Andersen żywił bowiem przekonanie, że włosie i krew nadają zaprawie dodatkowej trwałości. Nie on sam to wymyślił, jak wyjawił swoim niedowierzającym kolegom po fachu. Jego ojciec i dziadek, Szkoci, używali tych samych składników, tyle że owczych.