Podbiegła do popękanych okien. Otworzyła je i chwyciła za kraty. Szarpnęła. Zamknięte. Klucz! Musiał gdzieś tu być. Gdzieś blisko. Zawsze tu był. Zaczęła przeszukiwać na oślep parapet, aż natrafiła na niewielki pęk. Parzył jej dłonie i wbijał się w ciało, jakby było z masła. Wybrała jeden z kluczy i wsadziła w zamek kłódki. Miała szczęście, bo od razu trafiła na właściwy. Wyszarpnęła kłódkę i otworzyła szeroko kratę.
Jej ciało wiło się, kurczyło i skręcało. Próbowała wejść na parapet, ale nie miała siły. Zamiast tego po prostu się na nim położyła, a potem przeczołgała na zewnątrz. W pewnym momencie straciła podparcie i bezwładnie spadła.
Lodowata ziemia była dla niej miękka jak poduszka. Z ulgą zapadła w ciemność.
Straż pożarna przyjechała na miejsce po około siedmiu minutach od otrzymania zgłoszenia. Cały dom stał już wtedy w płomieniach.