Był szczęśliwy. Wiedział, że okoliczni mieszkańcy dopiero się budzą. Minie chwila, zanim ktoś zadzwoni po straż pożarną. Nikt go nie zauważy, nikt nie zwróci na niego uwagi. Ta myśl go uspokoiła. Pozwolił sobie na to, żeby jeszcze chwilę patrzeć na wywołany przez siebie pożar.
Miał erekcję.
Policzył do dziesięciu, a później wsiadł do auta i ruszył wąskimi osiedlowymi uliczkami w stronę centrum. Po niecałych czterech minutach wjechał na Puławską, jedną z ruchliwszych tras w Warszawie, która nawet o trzeciej w nocy była pełna samochodów, i zniknął w sznurze pojazdów.
Światło reflektora przypominało srebrne ostrze. Pojedyncza gwiazda w mroku, w którym kryły się tysiące wpatrzonych w nią osób. Oślepiona, musiała zmrużyć oczy, żeby cokolwiek widzieć. To była jej noc, jej chwila. Teraz miało się wszystko rozstrzygnąć.
Promień lampy lizał jej skórę, aż piekło. Kropla potu spłynęła po nagich plecach wzdłuż kręgosłupa i zatrzymała się dopiero w miejscu, w którym zaczynają się pośladki.
Dziewczyna zastygła w wyuczonej pozie.