– Po prostu urządzili połów, rozkroili tę rybę, a potem...
– To ssak.
– Widzisz? Znasz się na miejscowych sprawach. Nadajesz się wprost idealnie.
– Szczególnie jeśli chodzi o moje doświadczenia z tamtego archipelagu.
Kjeld pstryknął palcami.
– Otóż to. Komendant był tego samego zdania. Uważa, że wzbudzasz tam wielką sympatię z powodu tego, co ci się przydarzyło.
– Sympatię? Chyba politowanie.
– Tym lepiej. – Moslund zaciągnął się dymem, mrużąc oczy. – Ludzie chętnie ci pomogą, pamiętając, jak parszywy los cię spotkał.
– Dzięki, szefie.
– Zawsze do usług – odparł. – Ale nie dziękuj jeszcze, bo jest druga wiadomość. Ta gówniana.
– Więc temat Vestmanny jest zamknięty? Nie mam nic do gadania?
– Oczywiście, że nie. Chciałaś dyskusji w robocie, trzeba było kształcić się na patologa. Podobno trupy lepiej współpracują, kiedy się z nimi gada. Stają się mniej sztywne.
Moslund czekał na odpowiedź Katrine. Po chwili odchrząknął i poprawił się na krześle.
– Samolot na Vágar odlatuje dziś o siedemnastej, na miejscu będziecie półtorej godziny później.
Katrine spojrzała na zegarek. Nie miała zbyt wiele czasu.
– My? – zapytała. – Kto ze mną leci?
– Frida Skovmand oczywiście.