Pochylił się i podniósł z podłogi statek w butelce, który przez całe lata stał na półce nad kominkiem. Szkło było pęknięte, a dwa delikatne maszty żaglowca złamane. Pamiętał, jak godzinami przyglądał się szorstkim palcom dziadka, które w cudowny sposób łączyły maleńkie części w prawdziwy statek. Pamiętał moment, w którym miniaturowy żaglowiec został umieszczony w butelce i dziadek pociągnął sznurki, żeby postawić maszty.
Zadzwonił na policję, żeby zgłosić włamanie. Nie mógł opanować drżenia głosu.
– Kiedy był pan ostatnio w domu letniskowym? – spytał oficer dyżurny.
– Dwa tygodnie temu.
– A więc do włamania doszło po dziewiętnastym września?
Bakkerud rozejrzał się po splądrowanym pokoju. Nagle poczuł się pusty.
– Zauważył pan, czy włamano się również do innych domów? – wypytywał policjant.
– Nie – odparł mężczyzna i wyjrzał przez okno. Dostrzegł, że w domu Thomasa Rønningena paliło się światło. – Dopiero co przyjechałem.
– Jutro wyślemy tam patrol – ciągnął oficer dyżurny. – Do tego czasu proszę niczego nie ruszać, chyba że jest to absolutnie konieczne.
– Jutro? Ale...
– Będzie pan pod tym numerem? Skontaktujemy się z panem, jak tylko zwolni się jakiś radiowóz.