Dom Wielkiej Stopy stał nieco na uboczu, wyżej od innych domów. Był jednym z trzech zamieszkanych przez cały rok. Tylko on, Matoga i ja mieszkaliśmy tutaj, nie bojąc się zimy; pozostali mieszkańcy szczelnie zamykali swoje domy już w październiku; spuszczali wodę z rur i wracali do miast.
Teraz skręciliśmy z nieco odśnieżonej drogi, która biegnie przez naszą osadę i dzieli się na ścieżki wiodące do każdego z domów. Do Wielkiej Stopy prowadziła ścieżka wydeptana w głębokim śniegu, tak wąska, że trzeba było stawiać stopy jedna za drugą i nieustannie zachowywać równowagę.
– Nie będzie to miły widok – ostrzegł Matoga, odwracając się do mnie i na chwilę oślepiając mnie zupełnie.
Nie spodziewałam się niczego innego. Chwilę milczał, a potem powiedział, jakby chciał się wytłumaczyć:
– Zaniepokoiło mnie światło w jego kuchni i ujadanie suki, takie rozpaczliwe. Nie słyszałaś nic?
Nie, nie słyszałam. Spałam, otumaniona chmielem i walerianą.
– Gdzie ona jest teraz, ta Suka?
– Zabrałem ją stamtąd, wziąłem do siebie, nakarmiłem i chyba się uspokoiła.
Znowu chwila milczenia.