Prolog
W którym na krótką, acz dramatyczną chwilę wybiegamy w przyszłość.
Wielkie białe bryzgi wody poleciały na posadzkę i rozbiły się z głośnym plaśnięciem na kremowych płytkach we wzór wieńców z zielonych i brązowych liści dębu. I drugi raz. I trzeci.
Z wanny dobywała się cała mieszanina dźwięków: plusków, bulgotów oraz zduszonych słów, które z trudem wyrywały się z zalewanych ust, tak że nawet gdyby ktoś teraz tu stanął z notatnikiem, nie potrafiłby z tych urywanych sylab złożyć żadnego zdania; były to nieskładne „uuuu” i „aaaa”, rozdarte gardłowymi „grh”, „khy” i „brlwl”, a wszystko to brzmiało niczym mowa jakiegoś dawno wymarłego plemienia.
Tylko z bliskości przeciągłych „aaaa”, „uuuu” i „uuuu” można było odcyfrować przerażone „Ratunku!”; ale ratunek znikąd nie nadchodził. Dłonie młóciły wodę, usiłowały złapać się brzegu wanny, ześlizgiwały po jej ściankach, a paniczny krzyk stopniowo tracił na sile; nie było w nim już żadnych czystych samogłosek, jedynie stłumiony bulgotem, schrypły charkot.
Franciszka Gawęda, kucharka w domu profesorostwa Szczupaczyńskich, walczyła o życie.
I walkę tę przegrywała.