Śmierć w Château Bremont
M. L. Longworth — Kryminalne i sensacyjne

Była pełnia i Étienne podszedł do okna. Zasłaniała je drewniana okiennica, szeroka na metr, a na dwa metry wysoka. Otworzył ją i lewą ręką starannie przyczepił do kamiennej fasady, mocno opierając się prawą ręką o ścianę w środku. Okno było otwarte na działanie żywiołów – wiele lat temu przez ten otwór wrzucano do pomieszczenia siano na zimę. Nigdy się nie pofatygowali, by to okno przeszklić. Każdy członek rodu Bremontów, gdy tylko urósł na tyle, by dosięgnąć haczyka z kutego żelaza, uczył się, jak otwierać okno i przy tym nie wypaść. Teraz pokój wypełniał blask księżyca, który da mu dość światła, by mógł przeczytać to, po co tu przyszedł. Walizka od Louisa Vuittona stała na podłodze, na prawo od niego. Chwycił ją i oparł o drewnianą komodę, pełną przeżartych przez mole koców. Ktoś otworzył zamek walizki; pewnie zrobił to jego brat François. Étienne szybko uniósł wieko i wziął do ręki pierwsze dokumenty leżące na samej górze. Zaczął nerwowo je wertować. Nie rozumiał źródła swojego pośpiechu – Jean-Claude wyszedł godzinę temu i miał się zjawić dopiero jutro, lecz mimo to Étienne’a ogarnął niepokój i nie potrafił zapanować nad drżeniem rąk.