Znałem go od 1984 roku, kiedy to przyszedł do biurowca Time-Life Building na Manhattanie, by na lunchu z redaktorami wychwalać pod niebiosa swojego nowego Macintosha. Nawet wówczas był drażliwy i skrytykował korespondenta „Time’a” za artykuł, którym poczuł się urażony, bo ujawniono w nim zbyt wiele informacji. Jednak podczas naszej późniejszej rozmowy ujął mnie, podobnie jak tylu innych ludzi w ciągu tych wielu lat jego kariery, urokiem swojej żywiołowości. Pozostaliśmy w kontakcie nawet po tym, jak usunięto go z Apple. Kiedy tylko miał coś, co chciał sprzedać, czy był to komputer NeXT, czy też film ze studia Pixar, w jednej chwili skupiał się na mojej osobie i zabierał mnie do restauracji sushi na dolnym Manhattanie, aby oznajmić, że to, co właśnie zachwala, jest najlepszą rzeczą, jaką zdarzyło mu się stworzyć. Lubiłem go.