Inspektor poczerwieniał, najpierw zaczął coś syczeć przez zęby, a potem wybuchł taką wściekłością, że aż mu się pogorszył angielski.
– Mój człowiek wszystko widział, wszystko słyszał! Jesteś przewodnik, jesteś! Oprowadzałeś grupę, opowiadałeś im o świątyni, jesteś przewodnik, nie masz licencji, jesteś przestępca!
– Ale…
– Koniec dyskusji! Albo się mi tu natychmiast przyznasz, albo ci zabiorę paszport na dobre i posiedzisz sobie do wyjaśnienia sytuacji!
– Panie inspektorze, to jakaś fatalna pomyłka, ja naprawdę nie jestem przewodnikiem… – Zmieniłem nieco taktykę, z pewnego siebie białasa na lekko zlęknionego turystę, ciągnąc dalej, innymi słowami, ten sam wątek. Inspektor się uspokoił.
– Gdzie się zatrzymaliście? – spytał rzeczowo.
Podałem nazwę pensjonatu.
Zadzwonił.
Chwilę porozmawiał, nic nie zrozumiałem.