Obróciła się na fotelu przy biurku i ściągnęła z parapetu paczkę papierosów. Miała wrażenie, że od kiedy wyszła ze szpitala, odrobiła cały deficyt nikotyny, powstały w trakcie ciąży.
Zapaliła marlboro i zaciągnęła się głęboko.
– Co pan tu robi? – spytała, po czym wypuściła dym.
– Nie zaproponuje mi pani, żebym usiadł?
– Nie.
Zaległa niewygodna cisza. Chyłka zerknęła na krzesło po drugiej stronie biurka.
– Ta grzęda przeznaczona jest dla kur, które znoszą złote jaja – wyjaśniła. – Pan może co najwyżej znieść krytykę.
– Krytykę?
– Którą zaraz pana zaleję, jeśli szybko nie dowiem się, po co zawraca mi pan dupę.
Trzymany między palcami papieros był jak klepsydra odmierzająca Kranzowi czas – i Chyłce wydawało się, że natręt to rozumiał, bo spojrzał na niego znacząco. Oparł się plecami o drzwi i na moment zawiesił wzrok za oknem.