Mamy tu Pawła M., pseudonim „Misiek”, czyli – jak zeznali członkowie gangu – szefa tej grupy: czterdziestolatka, który skończył jedynie podstawówkę, ale jest na tyle sprytny i skuteczny, że stworzył sieć legalnych i nielegalnych interesów wartych miliony złotych, zapewnia sobie bezkarność, a o kontakt z nim zabiegają biznesmeni i politycy. Gdy chce się odstresować, idzie posiekać maczetą gościa z przeciwnej drużyny, choćby w biały dzień i obok budynku prokuratury. Nie przejmuje się niczym, bo przez lata opanował sposoby na unikanie odpowiedzialności za podobne akcje.
Mamy tu polityków, którzy sami zachowują się jak kibole, zamiast z nimi walczyć, bo w którymś momencie ponad prawo oraz dobro państwa i kraju postawili swoiście pojmowane dobro ukochanego klubu.
Mamy zasłużonych działaczy, którzy prowadzą podwójną grę: niby zależy im na sporcie, lecz – rozmyślnie, z oportunizmu lub tchórzostwa – bardziej dbają o to, żeby w siłę rośli kibole, a nie sportowcy.
Mamy policjantów, którzy powinni ścigać przestępców, ale też kochają Wisłę, a przy okazji kochają pieniądze, więc z tymi przestępcami współpracują.