– Leżał w skrzynce przy bramie – wyjaśnił Frankmann.
Isaksen pomacał kopertę. W środku było coś sztywniejszego od listu. Może pocztówka?
Potarł kciukiem miejsce, w którym powinien znajdować się znaczek, i odwrócił list. Żadnego nadawcy.
Nie pamiętał, kiedy ostatnio dostał odręcznie napisany list. Po śmierci matki przestały przychodzić nawet kartki z życzeniami na Boże Narodzenie.
Frankmann stał w drzwiach celi wyraźnie zaciekawiony.
– Normalnie powinien zostać sprawdzony razem z resztą poczty – powiedział, wyjaśniając, dlaczego nie może wyjść, dopóki list nie zostanie otwarty.
Isaksen odgiął pasek klejowy z tyłu koperty i ostrożnie go oderwał. Poszerzył otwór dwoma palcami i zajrzał do środka.
To było zdjęcie.
Wyjął je i poczuł, jak serce zamiera mu w piersi.
Dziewczynka na fotografii miała osiem, może dziewięć lat, niebieską bluzę z kapturem i długie brązowe włosy, upięte wysoko w koński ogon. Siedziała w ławce szkolnej, trzymając dłonie na książce. Nosiła aparat ortodontyczny, którego nie była w stanie ukryć, ponieważ uśmiechała się do kamery. Grzbiet nosa miała usiany piegami, a jej oczy były lodowato niebieskie, jak jego własne.
– To ona – wykrztusił.
Frankmann zrobił krok w jego stronę.