1

Zardzewiały zamek się zacina. Mężczyzna siłuje się z kluczem, wyciąga go i próbuje jeszcze raz. Tutaj również jest potwornie gorąco. Może nie tak jak w mieście czy na otwartej przestrzeni, lecz mimo wszystko. Musi być ze trzydzieści stopni. Mężczyzna wzdycha, przez chwilę się zastanawia, po czym lekko napiera ramieniem na drewno, przekręcając klucz. Ciężkie, pokryte łuszczącą się farbą drzwi ustępują ze zgrzytem i otwierają się do wewnątrz, na półmrok i chłód.
Dom stał zamknięty przez długie miesiące. Lekka woń stęchlizny drażni nozdrza, lecz nieprzyjemny zapach rekompensuje panująca w środku niska temperatura. Podejrzewam, że jest nie więcej niż dwadzieścia dwa stopnie. Idealnie. Słyszę, jak mężczyzna się krząta, odstawia na podłogę teczkę z ekologicznej skóry. Klucze dzwonią, kiedy wsuwa je do kieszeni spodni.
– Szukam włącznika – wyjaśnia.
Stoję w ciemnej sieni i cierpliwie czekam. Nie mam nic lepszego do roboty. Od wieczoru dwudziestego pierwszego czerwca czekanie stało się moją drugą naturą. Moim jedynym zajęciem. Mężczyzna głośno wzdycha. Męczy go upał? Irytuje się szukaniem po omacku? Nie pomagam mu. Wyłączam się. Czekam.
Czas płynie spokojnie między grubymi ścianami starego domu. Nie wiem, ile to trwa, ale zauważam brak sąsiadów i ciszę. To też jest dobre.
– Już. Przepraszam.
Nagle sień wypełnia się światłem. Agent nieruchomości ociera czoło i uśmiecha się do mnie nieco zakłopotany, bo jest pewien, że zaraz odwrócę się na pięcie i sobie pójdę. Wątły blask żarówki, woń stęchlizny, drzwi, które otwiera się z niemałym trudem, bo prawdopodobnie drewno spęczniało. Mimo to nigdzie się nie wybieram. Rozglądam się po korytarzu, który przypomina ciemny tunel bez okien: miedzianobrązowe płytki, białe ściany, ciemne drewniane listwy, obraz przedstawiający kamienny kościół.
Szelest wyciąganych kartek. Mężczyzna sprawdza notatki, nie przygotował się wcześniej. Ponownie ociera pot z czoła. Stoję nieruchomo. O nic nie pytam. Sam zacznie. Albo i nie. Nieważne.
– Dom jest z tysiąc dziewięćset czterdziestego, ale elewacja została odnowiona dziesięć lat temu, a dach ocieplono zeszłej zimy.
Dostrzegam chyba błysk satysfakcji w jego oczach, bo to bez wątpienia duży plus. Zatrzymuję wzrok na obrazie przedstawiającym kościół, choć tak naprawdę na niego nie patrzę.
– Sześćdziesiąt metrów kwadratowych powierzchni. Drzwi po prawej prowadzą do sypialni, a po lewej do łazienki.
Wyciąga rękę i przeszywa mnie badawczym spojrzeniem. Potrzeba mi kilku sekund, by zrozumieć, że tym gestem zachęca, żebym zrobiła parę kroków i obejrzała jedno z pomieszczeń. Mój mózg działa jednak z opóźnieniem, więc w końcu agent pierwszy wchodzi do sypialni, wciąż z przepraszającym uśmiechem na ustach.
Tym razem drzwi ustępują bez trudu, rozlega się tylko ciche skrzypnięcie. Odgłos kroków mężczyzny cichnie, jest jakby stłumiony. Pewnie na podłodze leży dywan.
– Otworzę okiennice.
Czekam. Dobiega mnie odgłos przekręcania klamki i chrapliwy zgrzyt, po czym pojawia się pojedyncza wiązka światła. Słyszę, jak mężczyzna napiera z większą siłą, a wtedy zawiasy głośno chroboczą i w następnej sekundzie pomieszczenie zalewa słoneczny blask. Wyraźnie widać unoszące się swobodnie drobinki kurzu, a na podłodze – miałam rację – leży miedzianobrązowy dywan, dopasowany pod kolor do płytek na korytarzu. Przy ścianie stoi łóżko, i to całkiem duże, z solidnym, ciężkim, ciemnym drewnianym zagłówkiem. Jest tam jeszcze staromodna, wysoka szafa z surowego drewna. Podstawowe sprzęty, nic poza tym. Prostota, która mi odpowiada. Niczego więcej nie potrzebuję, poza ciszą, chłodem i zasłonięciem okien.
– Okno wychodzi na wschód. Jeśli należy pani do rannych ptaszków, będzie okazja do podziwiania, jak słońce wyłania się zza lasu.
Nie wie, że nie mam zamiaru otwierać okiennic. Wolę półmrok.
– Czy ma pani jakieś pytania?
– Nie.
Zaskakuję go tym? A może wcale. Nie skupiam uwagi na jego twarzy. Po prostu czekam, aż spotkanie dobiegnie końca, dostanę klucze i będę mogła się zamknąć.
Wracamy na korytarz. Tym razem otwieramy drzwi po lewej. Sytuacja się powtarza. Okiennice skrzypią. Światło gwałtownie wdziera się do środka. Staromodna wanna w okropnym łososiowym kolorze. Jest też bidet. Kto ich jeszcze używa? Umywalka i kilka półek.
– Trzeba będzie poczekać, zanim woda zrobi się przejrzysta… Przez długi czas była odcięta, więc podejrzewam, że z początku może lecieć żółtawa.
Żółtawa, przejrzysta, jakie to ma znaczenie. Jest woda, wystarczy.
Żyrandol migocze, gdy wracamy na korytarz. Trzeba będzie wymienić żarówkę. Agent pcha ostatnie drzwi i kaszle. Pomieszczenie musi być zakurzone. Blade światło zapala się po kilku sekundach od naciśnięcia włącznika. Kuchnia jest urządzona w tym samym stylu co reszta domu: brązowe płytki, szafki z ciemnego drewna, tapeta w kolorze łososiowym z motywem białych pędów bambusa. Mężczyzna najpierw otwiera okno, potem okiennice, dzięki czemu do środka wpada świeże powietrze. Oślepiający blask zmusza mnie do zmrużenia oczu. Mam dość słońca. Błękitne niebo jest dla mnie zniewagą. Agent coś mówi, ale staję plecami do okna. Zwracam twarz w stronę chłodu, ciemności.
– Jak pani widzi, poprzednia właścicielka prowadziła ogród. W tym momencie jest oczywiście zaniedbany, ale jeśli tylko będzie pani miała ochotę, wystarczy przekopać ziemię i będzie gotowy do użytku.
Milknie. Chyba na mnie patrzy.
– Nie chce pani zobaczyć? Wszystko w porządku? Przeszkadza pani światło?
– Mam migrenę.
– Przepraszam, już zamykam.
Jestem mu za to wdzięczna. Znów zaczyna mówić, przekonany, że to konieczne, żeby skłonić mnie do podpisania umowy najmu jeszcze dziś:
– Poprzednia właścicielka była starsza. Zmarła trzy lata temu i od tamtej pory dom stał pusty. Nie żeby niszczał, wręcz przeciwnie, córka właścicielki, która mieszka na drugim końcu Francji, dba o jego stan, ale przyjeżdża tu zaledwie raz do roku, by przeprowadzić konieczne większe i mniejsze remonty. Ostatnio na przykład, jak wspomniałem wcześniej, ociepliła dach…
Wcale go nie słucham, ale nawet tego nie zauważa.
– Nie, problemem jest to, że ludzie uciekają z terenów wiejskich. Wszędzie jest podobnie, a Owernia nie znajduje się bynajmniej na szczycie listy wymarzonych miejsc.
– Meble zostają?
Kiwa głową, zupełnie nieprzejęty tym, że mu przerwałam.
– Oczywiście. Wszystko zostaje. Córka pani Hugues, poprzedniej właścicielki, postanowiła zachować wystrój i pamiątki po matce. Być może pewnego dnia się tu przeprowadzi. Na emeryturze na przykład. Rzeczy osobiste złożyła na poddaszu, starannie poukładane w kartonach, ale jeśli to pani przeszkadza, mogę się z nią skontaktować…
– Nie, nie mam nic przeciwko.
Pociera dłonie z zadowoleniem.
– Czy nie chciałaby pani jeszcze raz, na spokojnie, przejść się po domu?
– Nie, nie ma takiej potrzeby.
– A ogród…
– Spieszę się.
– Aha…
– Możemy podpisać papiery?
Jest zaskoczony, nie da się ukryć. Nie spodziewał się, że pójdzie tak łatwo. Dom, który mają w ofercie od trzech lat, a tu wystarczyło jedno spotkanie i spisujemy umowę.
– Jest pani pewna?
Sam się sobie dziwi, że mnie o to pyta. Zdradza to wyraz jego twarzy.
– Tak.
– No cóż… Oczywiście, mam formularz umowy w samochodzie, ale… Będziemy potrzebować jeszcze paru dokumentów…
Nawet nie czekam, aż skończy mówić, tylko od razu sięgam do torebki. Jestem przygotowana. Wsunęłam każdy z wymaganych papierów do foliowej koszulki: kopia zeznania podatkowego, zaświadczenie o dochodach, pismo notariusza dotyczące testamentu i należnej mi części spadku, dowód osobisty.
– Och… Ma pani wszystko. Świetnie.
Siadamy przy kuchennym stole, by zająć się formalnościami i uzupełnić dane w umowie.
– Jestem zaintrygowany.
Mija kilka sekund, zanim zdaję sobie sprawę, że zwraca się do mnie. Zauważam, że skończył sprawdzać dokumenty, które mu wręczyłam, i teraz, z rękami położonymi płasko na stole, świdruje mnie wzrokiem.
– Słucham?
– Pochodzi pani z okolicy?
– Nie. Z Lyonu.
– Ma pani rodzinę w sąsiedztwie?
Potrząsam głową. Cmoka, żeby podkreślić, że tym bardziej nie rozumie.
– Dziwi mnie po prostu, że samotna młoda kobieta chce zamieszkać na takim odludziu.
Nie otrzymuje ode mnie żadnych wyjaśnień, co kończy naszą rozmowę. Oddaję mu umowę w dwóch egzemplarzach podpisaną niebieskim jednorazowym długopisem marki Bic.
– Dobrze, w takim razie przejdźmy do sporządzenia protokołu zdawczo-odbiorczego.
Zostawiam drzwi otwarte i czekam, aż samochód agenta zniknie na końcu drogi, w gęstym lesie porastającym okoliczne wzgórza. Dopiero wtedy zamykam się w domu. Ciemność, cisza, chłód. Przez długie sekundy stoję oparta o drewniane drzwi, by się upewnić, że mężczyzna nie wróci, że wreszcie jestem sama.
Nie zabrałam ze sobą dużego bagażu, tylko jedną walizkę, która została w bagażniku samochodu i może tam jeszcze poczekać. Resztę zostawiłam. Nie chciałam, aby coś, szczególnie zdjęcia, przypominało mi poprzednie życie. Życie sprzed wieczoru dwudziestego pierwszego czerwca.
Jak inni to robią? Patrzą, jak ich świat roztrzaskuje się w drobny mak, a potem wracają do dokładnie takiej samej codzienności, w jakiej żyli przedtem. Po kilku dniach idą, jak gdyby nigdy nic, do pracy, wciąż mieszkają w tym samym domu, w tej samej dzielnicy… To ponad moje siły. Oboje nagle mnie opuścili, tej samej nocy, i odtąd tamta rzeczywistość, w której się rozwijałam, oddychałam i budziłam co rano przez dwadzieścia dziewięć lat, przestała istnieć.
Klucze od mieszkania zostawiłam u Anne. Zrobi to, co uzna za słuszne. Nie pozbyłam się mebli ani sprzętów. Nie znalazłam na to ani czasu, ani odwagi. Chciałam jak najszybciej wyjechać. Zostawiłam wszystko. Nawet nie posprzątałam. Kubek z herbatką ziołową, którą piłam, kiedy zadzwonił domofon, pewnie wciąż stoi na blacie, a obok bez wątpienia leży otwarty katalog, który wtedy przeglądałam. Kapcie Benjamina czekają w korytarzu.
Jedyne, czego pragnęłam po wyjściu ze szpitala, to uciec od żaru słońca, jego palących promieni i radosnych tłumów na plażach wzdłuż brzegów Rodanu. Lepiej by było, gdyby zginęli zimą, ciemnym wieczorem, podczas ulewnego deszczu, pod szaroczarnym niebem. Nie przy radosnych dźwiękach orkiestry, fajerwerków i śmiechu. Nie w pierwszy dzień lata.
Gdy się upewniam, że słońce na dobre zaszło – wyglądam przez szczeliny w zamkniętych okiennicach – otwieram drzwi. Dzień robi nadgodziny, dlatego jest już późno, musi być dwudziesta druga. Ostatnie czerwone smugi, ślady, jakie na niebie zostawiło zachodzące słońce, bledną i rozpływają się w błękitnoszarym zmierzchu zapadającej nocy. Wypakowuję rzeczy z bagażnika. Walizka na kółkach głucho stuka, gdy prowadzę ją po żwirze. Rytm, który wybija, rezonuje z moimi krokami, podkreśla je, wzmacnia. Poza tym otacza mnie nieprzenikniona, gęsta cisza, której nigdy wcześniej nie doświadczyłam. Jakbym w całości została wchłonięta przez las.
Stawiam walizkę przed drzwiami sypialni i wracam do samochodu po dużą plastikową torbę. Waży niemało. Torba pierwszej potrzeby. Z prowiantem. Taszczę około pięćdziesięciu konserw, ryż, makaron i wszelkiego rodzaju płatki śniadaniowe. Przez kolejne dni nie zamierzam się stąd ruszać.
Chciałabym się położyć i zasnąć. Chyba dopada mnie zmęczenie, choć może to coś innego, trudno stwierdzić, bo bezsenność kompletnie zaburzyła mój rytm dobowy. Jest mi trochę zimno, przechodzi mnie dreszcz. Zarzucam koc na ramiona i wyciągam telefon z torebki. Dwa esemesy od mamy. Mejl od notariusza w sprawie formalności związanych z testamentem. Nieodebrane połączenie od Anne. Sprawdzam zasięg i nie ma dramatu, więc postanawiam oddzwonić. Tylko jej głos wciąż potrafię znieść. Ponieważ jest jego matką. Ponieważ lepiej niż ktokolwiek inny rozumie mój ból.
Boję się, że nie odbierze, przecież zrobiło się późno, ale odzywa się po dwóch sygnałach.
– Amande? Czekałam na twój telefon.
– Urządzałam się na miejscu.
Kłamię. Domyśla się, ale nie ma mi za złe.
– Kiedy dojechałaś? Po południu?
– Tak.
– I jak dom? Podoba ci się?
– Zostaję. Podpisałam umowę.
I tym razem nie komentuje szalonej decyzji, którą podjęłam w ciągu zaledwie kilku dni, choć moja rodzona matka nie powstrzymałaby się od paru kąśliwych uwag.
– Dobrze ci tam? – pyta po prostu.
Nie, nie jest mi dobrze. Ani tu, ani nigdzie indziej. Choć może nie jest tu najgorzej, więc przytakuję.
– Byłaś w mieszkaniu? – pytam.
– Jeszcze nie.
Domyślam się, że podobnie jak ja nie ma na to ochoty, i ją rozumiem. To jest wciąż zbyt świeże.
– Pojedziemy z Richardem.
– Tak będzie najlepiej.
Zapada cisza. Nie wiem, co jeszcze mogłabym dodać, ona najwyraźniej też. W końcu pierwsza przerywa milczenie:
– Mogę tam posprzątać, jeśli chcesz. Będzie czysto na twój powrót.
– Nie ma sensu.
– Dlaczego?
– Nie zamierzam wracać.
Słyszę, jak przełyka ślinę.
– Zamierzasz je wynająć… w międzyczasie? – Jest przekonana, że prędzej czy później wrócę, choć wiem, że nie potrafiłabym już tam mieszkać. – Dzięki temu miałabyś pieniądze… Przecież będziesz teraz płacić czynsz za dom w Owernii…
– Masz rację… To dobre rozwiązanie.
Ufam Anne. Potrafi zachować zimną krew i trzeźwość myśli pomimo bólu i się zobowiązuje:
– Zajmę się tym jeszcze w tym tygodniu.
– Dobrze.
– Richard wybiera się do notariusza w środę. Nie będziesz musiała przyjeżdżać.
– Dziękuję.
Tłumię w sobie falę, która we mnie wzbiera i grozi wewnętrzną powodzią. Są dla mnie tacy dobrzy. Nie chcę się rozpłakać.
– Gdyby czas ci się dłużył… a samotność okazała się zbyt…
– Wiem, Anne, wiem.
– Po prostu zadzwoń, okej?
– Tak, dobrze.
– Nie pozwól, żeby to cię przytłoczyło.
Nie wiem, co odpowiedzieć. W jej słowach czai się niepokój, ale i ostrzeżenie. Przełykam ślinę i z trudem wyduszam z siebie:
– Spróbuję się teraz przespać.
– Tak, odpocznij. Zdzwonimy się wkrótce, dobrze?
– Okej.
Nie śpię długo. Zasypiam przed północą, ale już około drugiej wchodzę w tryb hiperczujności. Mózg nie zamierza ustąpić i wyłączyć się na dłużej, żeby dać mi tak potrzebny odpoczynek. Ten stan utrzymuje się od osiemnastu dni.
Krzątam się po domu, wkładam konserwy do szafek. Zajęcie rąk powstrzymuje natłok myśli. Zauważam stary kalendarz na ścianie w salonie. Wisi tam pewnie od śmierci poprzedniej właścicielki, zapomniany przez wszystkich. Zauważam, że pani Hugues notowała na marginesach. Zdejmuję go, bo nie potrzebuję niczego, co przypominałoby mi o upływie czasu. Już nie. Przysuwam też krzesło do ściany naprzeciwko, gdzie wisi stary zegar, który wskazuje drugą trzydzieści. Cyferblat przyozdobiono zdjęciem bukietu różowych kwiatów. Pani domu odeszła, ale baterie wciąż działają. Wskazówki poruszają się w swoim tempie, niemal mnie prowokując, podkreślając, że czas płynie dalej, że życie się nie skończyło. Nieprawda. Życie się skończyło. Zrywam zegar z haczyka i rzucam na podłogę, choć przecież wcale nie chciałam go rozbić. Sama jestem zaskoczona tym gwałtownym gestem. Tarcza pęka, a wskazówki odpadają. Jedna ląduje pod szafką kuchenną, nikt jej stamtąd nie wyciągnie. Koniec z godzinami. Koniec z datami. Od teraz będą tylko wkrótce i później. Nie ma dni ani nocy. Tylko ja w tym cichym domu. Ja i mój smutek.
Mijają trzy słońca, odkąd zamknęłam się w domu z walizką i torbą wyładowaną jedzeniem. Śledzę je przez zamknięte okiennice, jak oświetlają życie na zewnątrz. Między drewnianymi listwami utworzyła się cienka szpara, w sam raz na podglądanie lata. Brak mi odwagi, by wyjść na zewnątrz, nawet nocą, poza tym wcale nie czuję takiej potrzeby. Zasypiam raz czy dwa, tak mi się wydaje. Na kilka godzin. Nie mam koszmarów, to dobrze. Mózg jest prawdopodobnie zbyt wyczerpany, by odtwarzać z pamięci potworne obrazy okaleczonego ciała Benjamina.
Kiedy podczas czwartego słońca rozlega się pukanie, początkowo ogarnia mnie strach, choć to głupie. Przecież się zabarykadowałam, jestem bezpieczna. Mimo to się boję. Tylko czego? Otwarcia drzwi? Narażenia się na oślepiający blask? Stanięcia twarzą w twarz z drugim człowiekiem? Nie wiem. Pukanie się powtarza, więc ruszam powoli tym pozornie niekończącym się korytarzem.
– Tak?
Nie otwieram. Przywieram do drewna i czekam na odpowiedź.
– Dzień dobry! Jestem z Fibrenetu. Dostaliśmy informację, że dom został wynajęty. Czy mogę wejść?
Nie wiem. Nagle czuję w gardle gulę, pęczniejącą kulę niepokoju.
– Proszę pani? – nalega.
Otwieram, choć nie wiem dlaczego. To jest jak najazd, inwazja, aż zamykam oczy na kilka sekund. Wzrok odzwyczaił się od światła.
– Przepraszam, że przeszkadzam. Fibrenet. Miło mi. Chciałem przedstawić ofertę podłączenia do lokalnej sieci o prędkości dziesięciu megabitów. Agent nieruchomości z sąsiedniej wsi powiedział, że niedawno się tu pani wprowadziła.
Oślepiające błyski słabną i teraz widzę sylwetkę mężczyzny. Mój pierwszy gość, odkąd się odgrodziłam od świata. Niski, krępy młodzieniec.
– Czy mogę zabrać pani chwilę i przedstawić szczegóły oferty?
Obce auto stoi na podwórku. Biała furgonetka z nazwą firmy wpisaną czerwonymi literami. Chłopak podąża wzrokiem za moim spojrzeniem i dodaje z półuśmiechem na ustach:
– Nie jestem oszustem, proszę pani, to mój samochód służbowy. Zainstalowałem internet u pani sąsiadów, niecały kilometr stąd. Na pewno to potwierdzą. Jestem wręcz pewien, że są zadowoleni, bo działa całkiem nieźle… To znaczy jak na tę lokalizację.
Mówiąc, pokonuje schodki. Myśli, że nie zauważę. Opiera rękę o framugę, gotowy wejść do środka, ale kręcę głową.
– Dziękuję, nie jestem zainteresowana.
Marszczy brwi i przygląda mi się skonsternowany. Nie mam pojęcia, co widzi. Pewnie młodą, bardzo bladą kobietę, na której wiszą ubrania. Jej włosy są brudne i przetłuszczone. Nie wiedziałam, że to możliwe, by tak stracić na wadze w ciągu zaledwie dwudziestu dwóch dni.
– Zakładam, że ma pani internet w komórce – zmienia taktykę. – Mamy w ofercie także internet w abonamencie z modemem.
– Nie jestem zainteresowana.
Podnosi wzrok na dach.
– Nie ma pani anteny telewizyjnej? – Wydaje się zaskoczony.
– Nie.
– Bez internetu nie będzie pani mogła oglądać telewizji.
Zaczynam się irytować. Przez niego i światło słoneczne, które wpuszcza do domu.
– Nie szkodzi, to bez znaczenia.
Cofa stopę, która opada na żwir na podwórku. Zrozumiał, że nic nie ugra.
– Przecież dobrze wiedzieć, co się dzieje na świecie!
Nie odrywam od niego wzroku, nie mrugam.
– Jakim świecie?
Tym razem zupełnie się poddaje. Kiwa głową na pożegnanie, wraca do samochodu i odjeżdża bez słowa.
Później, gdy czwarte słońce zachodzi, a chłód powoli wdziera się do domu, rozlega się nowy dźwięk, który zakłóca ciszę. Tym razem jest odległy, stłumiony. Huk petardy, po którym błyskawicznie, w odstępach kilku sekund, następują kolejne wyraźne eksplozje. Mrozi mnie ze strachu. Zamieram nad miską z zupką instant. Mogłabym oczywiście podejść do okna, zmrużyć oczy i wyjrzeć przez szparę w okiennicy, żeby się naocznie przekonać, czy mam rację. Ciało jednak pozostaje na miejscu, jakby sparaliżowane. Wolę policzyć w głowie. Cztery słońca. Dwadzieścia dwa dni od dwudziestego pierwszego czerwca. Jest trzynasty lipca. We wsi obok, a może gdzieś dalej, rozpoczęły się obchody Święta Narodowego. Ludzie całymi rodzinami wyszli do ogrodów, zebrali się na poboczach dróg, stanęli na placach przed merostwem i wpatrują się w niebo, podziwiając wielobarwne iskry. Jest trzynasty lipca, moje urodziny. Dziś kończę trzydzieści lat. A przecież tak niedawno, całkiem niedawno miałam dwadzieścia dziewięć. Od czterech lat mieszkałam z Benjaminem. Zamierzaliśmy się przenieść z dwupokojowego mieszkania w Lyonie i osiąść w większym domu poza miastem, a co najważniejsze, byłam w ósmym miesiącu ciąży. Wkrótce miałam zostać matką. Wybraliśmy nawet imię dla naszej córki. Manon.
Co przyniesie jutro
To, co dziś wydaje się utracone, jutro może rozkwitnąć na nowo Pierwszego dnia lata Amande traci wszystko. Pakuje całe swoje życie do jednej walizki i wyjeżdża do małego domku na wsi. Tak jak planowali z Benjaminem… Kobieta chowa się przed światem, żeby przeżyć swój smutek. Dni płyną cicho, jeden podobny do drugiego. Amande nie zauważa nawet, że lato ustępuje miejsca jesieni. P...
Spodobał Ci się fragment?
e-book · audio
e-book · audio
e-book · audio
e-book · audio