„Uważam, że pan Hersey nakreślił prawdziwy obraz zatrważających skutków użycia niewyobrażalnej siły niszczącej bomby atomowej na współczesnym społeczeństwie”, pisał Albert Einstein szóstego września 1946 roku w liście do członków Emergency Committee of Atomic Scientists, organizacji zrzeszającej badaczy, którzy publicznie opowiadali się za pokojowym wykorzystaniem energii jądrowej. Tekst, o którym znany fizyk wyrażał się w tak pochlebny sposób, to reportaż Johna Herseya Hiroszima. Ukazał się on niespełna tydzień wcześniej na łamach tygodnika „New Yorker”. W liście Einstein podkreślał też, że treść reportażu „niesie przesłanki względem przyszłości całej ludzkości i powinna głęboko zaniepokoić wszystkich odpowiedzialnych – zarówno mężczyzn, jak i kobiety”.
Dla każdego z adresatów listu światowej sławy fizyk dołączył egzemplarz „New Yorkera” z Hiroszimą. Zdobycie tylu sztuk nie było łatwe. Parę dni wcześniej, gdy tylko Einstein dowiedział się o publikacji tekstu, usiłował kupić kilka numerów na różnych stanowiskach prasowych na Manhattanie. Bezskutecznie, cały bowiem nakład, liczący 300 tysięcy egzemplarzy, rozszedł się w zaledwie kilka godzin. Fizyk wysłał więc do siedziby tygodnika list z uprzejmą prośbą, aby odłożono mu ni mniej, ni więcej, tylko tysiąc numerów. Redakcja nie mogła spełnić jego prośby, ale rzeczywiście dostarczono mu kilka cennych egzemplarzy, które naukowiec od razu rozesłał dalej, do osób żywo zainteresowanych tematem.
Reportaż Herseya był w mniemaniu Einsteina przełomowy. Jego autor opisywał szczegółowo skutki zrzucenia przez wojsko amerykańskie bomby atomowej, nad której budową przez trzy lata pracowały setki naukowców w ramach Projektu Manhattan. Starali się oni ujarzmić siłę atomu, jednak wynik ich pracy stanowił spełnienie najgorszego snu Einsteina – moc nowej technologii została wykorzystana, by siać zniszczenie o apokaliptycznej skali. Eksplozja stworzonej w ramach Projektu Manhattan broni – „niszczyciela światów”, jak miał określić bombę atomową jeden z jej twórców, fizyk Robert Oppenheimer – najpierw w Hiroszimie szóstego sierpnia 1945 roku, a trzy dni później w Nagasaki, oznaczała kapitulację Japonii i w praktyce koniec drugiej wojny światowej. Szacuje się, że w dwóch wybuchach zginęło natychmiast między 150 tysięcy a 200 tysięcy ludzi, a kolejne dziesiątki tysięcy doświadczyły choroby popromiennej. Cały świat nieodwracalnie wszedł tym samym w odmęty ery atomowej.
Opinia publiczna w Stanach Zjednoczonych wrzała od komentarzy. Administracja rządowa usprawiedliwiała użycie bomb atomowych chęcią szybkiego zakończenia wojny. W oficjalnych przekazach podkreślano, że ocalono w ten sposób tysiące amerykańskich żołnierzy, jednocześnie bagatelizując doniesienia o długofalowych skutkach promieniowania na populację zbombardowanych miast. Sam prezydent Harry S. Truman zaznaczał, że skoro to wojska japońskie napadły na amerykańską bazę Pearl Harbor, to użycie broni atomowej było moralnie uzasadnione. Obok komentarzy prezentujących użycie bomby jako triumf amerykańskiej myśli technologicznej pojawiały się też liczne artykuły na temat jej technicznych aspektów. Magazyn „Collier’s” wydrukował nawet grafikę zestawiającą mapę Manhattanu z promieniem rażenia bomby. O grzybie atomowym, o zniszczeniu infrastruktury miast czy zarysach kształtów ludzi na krawężnikach pisano niczym o fascynujących ciekawostkach naukowo-militarnych. W komentarzach brakowało ukazania ludzkiego wymiaru tragicznych skutków eksplozji. Dla amerykańskiej opinii publicznej bomba atomowa pozostawała czymś odległym i nieuchwytnym. Reportaż Johna Herseya miał to zmienić.
Autor Hiroszimy miał trzydzieści trzy lata, gdy „New Yorker” wydrukował jego tekst. Jednak pomimo relatywnie młodego wieku miał on już szerokie doświadczenie dziennikarskie. Urodził się w Chinach w rodzinie protestanckich misjonarzy z USA. W wieku dziesięciu lat wrócił do rodzinnego kraju, gdzie studiował potem na prestiżowym Uniwersytecie Yale. Pracował jako sekretarz amerykańskiego noblisty w dziedzinie literatury Sinclaira Lewisa oraz jako reporter magazynu „Time”, a po wybuchu drugiej wojny światowej został korespondentem wojennym w Europie i Azji. Pierwszy tekst Herseya dla „New Yorkera” opowiadał o historii przyszłego prezydenta USA, Johna F. Kennedy’ego, który jako porucznik na Wyspach Salomona dowodził akcją ratowania marynarzy z trafionego torpedą statku. Po jego publikacji Hersey na stałe dołączył do redakcji tygodnika, a w 1944 roku otrzymał Nagrodę Pulitzera za swoją debiutancką powieść wojenną A Bell for Adano. „New Yorker” miał więc wysłać do Japonii sprawdzonego człowieka ze świetnym warsztatem dziennikarskim.
Co ciekawe, „New Yorker” był dosyć nieoczywistym miejscem do publikacji Hiroszimy. Tygodnik ukazywał się od dwudziestu lat i był znany z mieszanki humoru, finezji i zainteresowania faktami. Założyciel magazynu i jego pierwszy redaktor naczelny, Harold Ross, odwoływał się do siły kulturowego mitu Nowego Jorku, a publikujące tam osoby często podejmowały tematy związane z miejskim życiem Manhattanu. Gdy w latach trzydziestych w USA szalał kryzys finansowy, w tygodniku niewiele pisano o eskalującym bezrobociu i biedzie w innych częściach kraju. Również tematy drugiej wojny światowej pojawiały się na jego stronach między rysunkami satyrycznymi i wierszami, dosyć nieśpiesznie. Ale zastępca Rossa, William Shawn, chciał to zmienić. Późną jesienią 1945 roku spotkał się on z Herseyem na obiad w Nowym Jorku i rozmawiali o pomyśle napisania obszernego reportażu o długofalowych skutkach wybuchu bomby atomowej. Początkowa koncepcja tekstu była taka, by opisać szczegółowo zniszczone miasto, jednak gdy w trakcie podróży do Japonii kilka miesięcy później Hersey trafił na książkę Thorntona Wildera The Bridge of San Luis Rey, zmienił zdanie. Przeczytał tam przejmujący opis katastrofy w Peru, pomyślany tak, by centralną rolę odegrała perspektywa osób, które przeżyły kataklizm, i postanowił, że dokona podobnego zabiegu w planowanym reportażu. Hersey chciał pisać o ludzkiej tragedii, a nie o zniszczonych budynkach.
Przeprowadzając w zdewastowanej Hiroszimie w towarzystwie tłumacza ponad pięćdziesiąt wywiadów z osobami, które były świadkami wybuchu bomby, dziennikarz utwierdził się w przekonaniu, że to ich świadectwa musi uczynić centrum swojej opowieści. Podkreślał potem, że z każdą rozmową rosło w nim przerażenie, bo choć jako korespondent wojenny był wielokrotnie świadkiem zniszczenia, to myśl, że duże miasto zostało zrównane z ziemią w jednej chwili za pomocą pojedynczej bomby, była zatrważająca i obezwładniająca. Ostatecznie tekst Hiroszimy został zbudowany wokół relacji szóstki osób, które doświadczyły wybuchu bomby. W sposób opanowany, unikając emocji, Hersey opisywał roztrzaskane na kawałki życia swoich rozmówców i nieuniknione skutki choroby popromiennej: wysoką gorączkę, niegojące się rany i krwawiące dziąsła. Czterdzieści lat po publikacji Hiroszimy Hersey wyjaśniał w rozmowie z historykiem Paulem Boyerem: „Ten neutralny styl był celowy. I myślę, że użycie go było dobrą decyzją. Gdybym pisał w sposób egzaltowany, czy okazał emocje, umieściłbym siebie w tekście jako pośrednika. Chciałem tego uniknąć, i sprawić, żeby doświadczenie czytelników było tak bezpośrednie, jak to możliwe”1.
Hersey przekazał do „New Yorkera” maszynopis liczący sto pięćdziesiąt stron. Nad jego redakcją zasiedli sami Ross i Shawn, nie zdradzając swoim pracownikom, nad czym pracują. Ross, znany ze swojego przywiązania do szczegółów i drobiazgowości, zgłosił do tekstu ponad dwieście uwag. Pytał o użycie poszczególnych przymiotników i o logiczną spójność opisów. Zasugerował też, aby reportaż miał krótki, bezpośredni tytuł – nazwę miasta, które miało stać się symbolem niszczycielskiej siły bomby atomowej. Shawn z kolei zaproponował inne ciekawe rozwiązanie, które walnie przyczyniło się do sukcesu publikacji. Zamiast ukazać się w czterech częściach, jak planowano, Hiroszima miała zostać wydrukowana za jednym razem, w całości. Z planowanego numeru usunięto wszystko – recenzje, wiersze i inne reportaże, aby stworzyć jak najwięcej przestrzeni dla tekstu Herseya.
Gdy „New Yorker” trafił do punktów sprzedaży prasy, nic nie zapowiadało, jak przełomowy tekst znajduje się w środku. Tylko drobna część nakładu miała białe opaski informujące ogólnie o jego zawartości. Sama okładka ukazywała sielankową scenę – w miejskim parku ludzie grają w tenisa, odpoczywają na plaży i jeżdżą na rowerach (ta grafika, autorstwa Charlesa E. Martina znalazła się na okładce tego właśnie, najnowszego polskiego wydania książki). Ross i Shawn nie mogli jej zmienić, ale też paradoksalnie współgrała ona z ciężarem tematycznym zawartości numeru. Obraz przemawiał bowiem do wyobraźni czytających – ukazywał znaną im miejską rzeczywistość, która może być w mgnieniu oka zmieciona z powierzchni ziemi siłą bomby atomowej. Po kilku wstępnych rozkładówkach z reklamami kobiecych pończoch i alkoholi na czytelników czekało sześćdziesiąt osiem stron gęsto zapełnionych wstrząsającym tekstem.
Publikacja Hiroszimy wywołała sensację. Po kilku dniach cena numeru z drugiej ręki wynosiła już dwadzieścia dolarów (cena okładowa to piętnaście centów), a dziś dobrze zachowany egzemplarz „New Yorkera” z Hiroszimą kosztuje nawet pięć tysięcy dolarów i jest rarytasem dla kolekcjonerów. W Nowojorskiej Bibliotece Publicznej zachowały się dziesiątki listów od osób, które Hiroszima głęboko poruszyła. Konsul Wielkiej Brytanii kapitan Humphrey Cotton Minchin podkreślał: „Ten numer powinien być przeczytany przez wszystkich uczestników paryskiej konferencji pokojowej i każdego urzędnika Organizacji 70 Narodów Zjednoczonych. Powinni przyswoić i zapamiętać jego zawartość, najlepiej przepisując sto razy zdanie: Przeczytałem »New Yorkera« z 31 sierpnia2”, z kolei reżyser Shepard Traube twierdził, że Hiroszima stanowi kamień milowy w amerykańskiej historii – „O ile dane nam będzie mieć jeszcze jakąś historię3”, dodawał pesymistycznie. Jeden z naukowców, którzy uczestniczyli w Projekcie Manhattan, pisał też w liście, że płakał, gdy czytał tekst Herseya. Wspominał, że gdy kilka miesięcy wcześniej dotarła do niego informacja o skutecznym użyciu bomby atomowej, wspólnie z grupą czterdziestu innych naukowców zorganizował uroczystą kolację z szampanem. Czuli dumę, że przyczynili się do zakończenia wojny i że skonstruowana w ramach Projektu Manhattan bomba okazała się tak skuteczna. Tekst Herseya całkowicie zmienił jego optykę.
Siła oddziaływania Hiroszimy rosła po publikacji. Hersey wyrażał zgodę na przedruki reportażu w innych mediach, pod warunkiem że tekst nie będzie skracany i że dochody z jego publikacji będą przekazywane na konto Czerwonego Krzyża. W niecałe trzy miesiące po publikacji w „New Yorkerze” reportaż ukazał się w formie książkowej. Do dziś sprzedał się w zawrotnej liczbie pięciu milionów egzemplarzy w USA. Został też przetłumaczony na kilkanaście języków, w tym na język polski. Przekładu dokonał Jerzy Łoziński. Z kolei tłumaczenie na japoński przygotował jeden z rozmówców Herseya, pastor Tanimoto. I choć początkowo Hiroszima była zakazana przez okupujące Japonię amerykańskie siły wojskowe, to ostatecznie stała się bestsellerem również w kraju tak boleśnie dotkniętym skutkami niszczycielskiej siły energii atomowej.
Z perspektywy czasu trudno przecenić wpływ Hiroszimy na dynamikę amerykańskiej debaty publicznej wokół bomby atomowej. Czytelnicy Herseya zrozumieli skalę tragedii ofiar eksplozji i zaczęli wyobrażać sobie, że także ich miasta, dotąd bezpiecznie oddalone od koszmaru drugiej wojny światowej, mógłby spotkać podobny los. W 1985 roku, w czterdziestą rocznicę zrzucenia bomby atomowej, Hersey powrócił do Japonii, aby ponownie spotkać się ze swoimi rozmówcami. Dwie z sześciu osób już wtedy nie żyły – zmarły na skutek choroby popromiennej. Opublikowany przez dziennikarza drugi reportaż – Hiroshima: The Aftermath (umieszczony w niniejszej publikacji pod tytułem Pokłosie) – pokazywał dalsze, długofalowe skutki zniszczenia obydwu miast, przypominając zagrożenia związane z użyciem broni atomowej pod koniec zimnej wojny. Dziś reportaż Herseya pozostaje niekwestionowanym klasykiem. W 1999 roku jury składające się z trzydziestu sześciu osób związanych z instytutem dziennikarstwa Uniwersytetu Nowojorskiego orzekło, że Hiroszima jest najważniejszym amerykańskim tekstem dziennikarskim XX wieku.
Hiroszima
Jest słoneczny dzień, 6 sierpnia 1945 roku. Piętnaście minut po godzinie ósmej rano. Panna Sasaki z działu kadr odwraca głowę do koleżanki. Pani Nakamura, wdowa po krawcu, stoi przy kuchennym oknie. Terufumi Sasaki, chirurg w szpitalu Czerwonego Krzyża, idzie korytarzem, trzymając w ręku próbkę krwi.I wtedy oślepiający błysk uderza w ich miasto. Huk wybuchu nadchodzi po zaskaku...
Spodobał Ci się fragment?
e-book · audio
e-book · audio
e-book
e-book