PROLOG
Niewiele osób ucieszyłoby się na widok huty Uthemann, ale Karol Fiszel był jedną z nich. Stojąc przy oknie pociągu relacji Kraków–Katowice, patrzył na rozległy kompleks budynków i dziesięć kominów wypuszczających w niebo kłęby czarnego dymu. Policzył je odruchowo, tak jak robił zawsze w dzieciństwie.
Wracam do domu, pomyślał.
Dziewczyna, która jechała z nim od Krakowa, wysiadła w Mysłowicach – pozostało mu po niej wspomnienie rozwichrzonych ciemnych włosów i zielonych oczu. Miała na imię Magda, niedawno skończyła liceum i pracowała jako telefonistka na poczcie. Przez całą drogę zasypywała go pytaniami, a na koniec dała karteczkę ze swoim adresem. Może do niej napisze, może nie. Jeszcze tego nie wiedział. Przyszłość rozciągała się przed nim jak dziki, niezbadany teren z książek podróżniczych, które czytał w dzieciństwie.
Pytania Magdy wciąż brzmiały mu w uszach, gdy pociąg zbliżał się do stacji Katowice-Szopienice Południowe.
– Czemu przerwałeś studia? Nie radziłeś sobie?
– Radziłem, ale nie interesowały mnie aż tak bardzo.
– I co zrobiłeś potem?
– Musiałem pójść do wojska.
– Miałeś do wyboru studia albo wojsko i wybrałeś to drugie? Naprawdę? Wszyscy chłopcy, których znam, zawsze mówili, że za żadne skarby nie pójdą do wojska. Jeden z nich nawet truł się chlorem, żeby nie przyjęli go na komisji.
– Ja nie jestem taki jak wszyscy. Pomyślałem, że to może być ciekawe doświadczenie. Coś zupełnie innego niż to, co robiłem wcześniej.
– I było?
– Tak, chociaż czasem bywało ciężko. Ale poznałem kilku fajnych ludzi.
– Co teraz będziesz robił?
– Nie mam pojęcia.
Jej śmiech przypominał dźwięk srebrnych dzwoneczków.
– Większość chłopaków w twoim wieku pracuje. Niektórzy nawet założyli już rodziny. A ty nie masz pojęcia?
– Mówiłem ci, nie jestem taki jak większość.
– A co chciałbyś robić?
– Coś ciekawego.
Znów ten śmiech. Magda kręci głową, ale w jej oczach widać ciepło. Wierzy, że on naprawdę jest inny niż wszyscy, że sobie poradzi.
– Masz jakiś szczególny talent?
– Tak, lubię rozwiązywać łamigłówki.
Ostatnie zdanie wróciło do niego, gdy pociąg hamował na stacji. Dwa listy od matki spoczywały bezpiecznie w kieszeni, przetarte w miejscach zgięcia papieru od wielokrotnego składania i rozkładania. Gdy wychodził z wojska, większość rzeczy rozdał albo wyrzucił, ale te dwa listy zatrzymał, bo właśnie w nich znajdowało się coś, na co zwrócił uwagę.
Karol Fiszel chwycił plecak i wyskoczył na peron. Pociąg pojechał dalej, a chłopak odszukał wzrokiem kobietę, która kołysząc szerokimi biodrami, szła w jego stronę.
Objęli się na powitanie.
– I jak tam, synuś, nie dawali ci jeść w tym wojsku, co? Schudłeś, biedactwo, ale zaraz cię nakarmimy, zrobiłam na obiad...
– Mamo.
– No?
– Trzy lata temu napisałaś do mnie, że dwie osoby powiesiły się na Drugich Szopienicach. A w sierpniu wspomniałaś, że była jeszcze trzecia.
– Nie powinnam pisać o takich rzeczach, tylko się potem zamartwiasz.
– To ile tych osób w końcu się powiesiło?
Uciekła spojrzeniem w bok. Minęli już kasy biletowe przy przejściu podziemnym i zmierzali w stronę ulicy Wiosny Ludów.
– Mamo.
– Cztery. Cztery osoby się powiesiły. Sami chłopcy w twoim wieku, synuś.
Jesień zapomnianych
W ostatnim tomie Anna Kańtoch kreśli niejednoznaczną intrygę kryminalną, w którą zręcznie wplata pytania o ludzką psychikę i jej zdolności. Jak wiele człowiek może wybaczyć, zracjonalizować czy wyprzeć, żeby żyć dalej?Gdzie dokładnie przebiega granica, za którą przestaje być to możliwe?Co trzeba zrobić, żeby nie być już „dobrym chłopcem”?Rok 1966, październik. Rodzina Krystyny...
Spodobał Ci się fragment?
e-book
e-book · audio
e-book
e-book · audio