Sobota
STAŁ I PATRZYŁ NA FOTOGRAFIE. Wiedział, że Vivian jest na niego zła o to, że nie idą na przyjęcie, ale nie potrafił się przemóc. Czas w końcu go doścignął i zmusił do poszukania prawdy, co pewnie należało zrobić dawno temu.
To, co się wtedy wydarzyło, ciążyło mu przez lata, jak kamień młyński uwiązany u szyi. Bał się pytań, odpowiedzi i wszystkiego, co pomiędzy nimi. Wybory, których dokonał, uformowały go jako człowieka. A to, co teraz widział w lustrze, nie przydawało chluby. Bo decyzja, aby żyć z przepaską na oczach, nigdy nie przynosi chluby. W końcu zmusił się, żeby ją zedrzeć. I działać, wychodząc od tego, co zobaczył.
Powoli, ostrożnie wyjmował oprawione fotografie, jedną za drugą, ustawił tak pod ścianą i policzył do szesnastu. Były wszystkie.
Cofnął się kilka kroków i przyglądał im się. Następnie sięgnął po swoje prostsze, prowizoryczne ramki. Na karteczkach zapisywał tytuły fotografii dużymi nierównymi literami. Potem wyjął rolkę skocza i przyczepił karteczki do ramek. Nie potrzebował fotografii, żeby je widzieć przed sobą, kiedy zmieniał miejsca zawieszenia ramek na białych ścianach galerii. Każdą z tych fotografii miał jak wdrukowaną w oczy, wystarczyło sięgnąć do pamięci, żeby je widzieć wyraźnie.
Wiedział, że przygotowanie wystawy zabierze mu wiele godzin, przypuszczalnie będzie je wieszał do późna w nocy, a jutro zapłaci za to pewną cenę, bo nie był już młody. Jednak wiedział również, że podczas wernisażu po raz pierwszy od lat poczuje się lekko i swobodnie.
Następstwa jego decyzji będą dramatyczne, jednak już nie mógł brać ich pod uwagę. Robił to przez aż nazbyt długie lata. Żyli wszyscy w mrocznym cieniu własnych kłamstw. Owszem, groziło to, że zostaną zniszczeni, ale i tak zamierzał ujawnić prawdę, zarówno swoją, jak i ich.
Nigdy nie czuł się równie wolny jak teraz, gdy ostrożnie przyczepiał do ramy karteczkę ze słowem Wina.
Już nie bał się nawet śmierci.
Erica Falck się przeciągnęła. Ciepłe łóżko kusiło, żeby jeszcze poleżeć, jednak obiecała Louise Bauer, że wybiorą się na marszobieg, co miało nastąpić za jakąś godzinę. Nie wiadomo po co. Pewnie Louise stresuje się w związku z uroczystością i potrzebuje się wygadać.
– Naprawdę musimy tam iść?
Patrik jęknął i położył sobie poduszkę na twarzy. Erica zerwała ją i lekko go trzepnęła.
– Będzie bardzo przyjemnie! Dobre jedzenie, trochę fajnych win, twoja żona choć raz odszykowana…
Patrik zamknął oczy i skrzywił się.
– Złote wesele. Erica, co tam będzie fajnego? Kupa nadętych gości i rozwlekłe przemówienia. Przecież wiesz, jacy ludzie tam przyjdą.
Znów jęknął.
– I tak tam pójdziemy, więc lepiej zacisnąć zęby i nastawić się pozytywnie – odparła.
Uznała, że już przekroczyła granicę dziarskości, więc pochyliła się nad leżącym obok Patrikiem i pogłaskała go lekko po piersi. Serce w środku biło mocno, aż trudno było uwierzyć, że miał z nim kiedyś problem, ale niepokój pozostał.
– Louise oczekuje, że przyjdziemy. Poza tym uwielbiam cię w garniturze. Wyglądasz wtedy niesamowicie elegancko, zwłaszcza w tym granatowym.
– Ale z ciebie komplemenciara.
Pocałował ją delikatnie w usta, ale pocałunek momentalnie stał się głębszy. Patrik przyciągnął ją do siebie i wtedy jak zwykle Erica poczuła, że robi jej się gorąco i jej ciało wiotczeje.
– Dzieciaki mogą tu wejść lada moment – mruknęła mu prosto w usta.
W odpowiedzi naciągnął kołdrę na nich oboje. Zaraz zrobiło się pod nią gorąco, nie liczyło się nic poza nimi dwojgiem. Poza ich ciałami, wargami, oddechami.
Na potwierdzenie wcześniejszego ostrzeżenia Eriki rozległ się głuchy odgłos.
– Bawimy sie fowanego! – krzyknął radośnie Noel i wskoczył na łóżko, a zaraz za nim jak wystrzelony z armaty Anton, który wylądował prosto na klejnotach Patrika.
– Aua, do jasnej… – tu urwał, bo Erica spojrzała znacząco. – I ciasnej!
Noel i Anton aż się krztusili ze śmiechu. Erica uśmiechnęła się i westchnęła. Mieli z Patrikiem kilka sekund dla siebie, no i dobrze. Pochyliła się i połaskotała chłopców, którzy zawyli jak wilki.
– Chciałam, żeby pooglądali telewizję, ale wymknęli się na górę, kiedy wyjmowałam jogurt.
Stojąca w drzwiach Maja, w koszuli nocnej z jednorożcem, z rezygnacją rozłożyła ręce.
– Kochanie, nie musisz ich pilnować rano, mogą tu przychodzić – odezwał się Patrik, kiwając na nią, żeby też przyszła.
Maja, zawsze taka odpowiedzialna, zawahała się, ale w końcu uśmiechnęła się szeroko i skoczyła na łóżko, żeby też wziąć udział w zabawie. Erica z Patrikiem spojrzeli na siebie. Są idealną rodziną. Po prostu idealną.
– Myślisz, że zadzwonią wcześniej, czy musimy czekać do czwartku? Czasem jednak uprzedzają.
Henning Bauer bębnił palcami po stole. Był pierwszy weekend października. Za oknem zapanowała jesień, szare grzywiaste fale uderzały o gładkie skałki wysepki. Ich wysepki.
Patrzył na Elisabeth, siedziała naprzeciwko nad filiżanką herbaty.
– No bo przecież dochodzą słuchy, że jestem jednym z ostatnich pięciu kandydatów. Co oczywiście nie znaczy, że to ja wygram. Gwarancji nie ma. Jednak jeśli to prawda, to mam dwadzieścia procent szans.
Jego palce wciąż bębniły po stole.
Żona popijała herbatę. Henning podziwiał jej spokój. Na tym polegała ich relacja w odniesieniu do jego pisarstwa. On wpadał w podniecenie, ona tonowała. On się niepokoił, ona łagodziła.
Bębniąc palcami, czekał na jej odpowiedź. Potrzebował jej nadziei, słów, że wszystko się ułoży.
Po kilku łykach herbaty Elisabeth delikatnie odstawiła filiżankę na spodek. Pili z tych filiżanek przez wszystkie lata swego małżeństwa. Były jednym z niezliczonych prezentów na ich wystawny ślub i wesele, ale za żadne skarby świata nie potrafiłby powiedzieć, od kogo je dostali.
Na zewnątrz jakaś fala urosła bardziej od innych i spadła kaskadą na panoramiczne okno, które zajmowało całą dłuższą ścianę domu. Sól zostawiała ślady na szybie, gosposia Nancy miała istne urwanie głowy z ciągłym czyszczeniem. W archipelagu nieuchronna była zmienność, wyglądało to tak, jakby przyroda ciągle próbowała odzyskiwać teren i wypychać stamtąd cywilizację.
– Nie martw się, kochanie. Albo zadzwonią dziś, jutro, albo poczekają do czwartku. Chyba żeby nie zadzwonili. A jeśli zadzwonią, w co oczywiście wierzę, masz udać zdumienie. Nie wolno ci zdradzić, że wiemy, że znajdowałeś się na końcowej liście.
Henning kiwnął głową ze wzrokiem skierowanym na okno.
– Naturalnie, kochanie. Naturalnie.
Palce stukały w jakimś niejasnym rytmie, podczas gdy Henning obserwował ślady pozostawione na szybie przez wodę. Jeden z pięciu. Powinien być zadowolony, ale kiedy już wiedział, co znajduje się w jego zasięgu, co może mu przynieść jeden jedyny telefon, prawie nie mógł złapać tchu.
– No już, a teraz zjedz coś – powiedziała Elisabeth, podsuwając mu koszyk ze świeżo upieczonymi bułkami. – Przed nami długi dzień, nie mówiąc o długim wieczorze, więc żebyś mi o dziesiątej nie zasnął za stołem.
Wiedząc, że nie wolno mu zrobić tego, o czym mówiła żona, Henning sięgnął po ciepłą bułeczkę. Posmarował ją grubo masłem, które natychmiast wsiąkło w bułkę.
– Wieczorem będziemy tańczyć – powiedział z pełnymi ustami i mrugnął do Elisabeth, która lekko się uśmiechnęła.
– Wieczorem będziemy tańczyć.
– O Boże, o której musiałaś wsiąść na łódź? I to jeszcze w taką pogodę?
Osłaniając ręką twarz przed wiatrem, Erica usiłowała nadążyć za Louise Bauer, co zawsze było sporym wyzwaniem. Jakkolwiek szybko by szła, Louise szła jeszcze szybciej. Marszu nie ułatwiały też rozbryzgi fal uderzających o brzeg zaledwie parę metrów za nimi. Pewną osłonę stanowiły drewniane domki, ale według Eriki nawet one kuliły się na wietrze.
– E, i tak się zawsze budzę około szóstej – powiedziała Louise. – Zresztą to będzie długi dzień, odpowiadam za całość uroczystości, więc musiałam zacząć od energicznego marszu.
Erica przewróciła oczami, ale rozumiała, że Louise musi uwolnić głowę. Bycie asystentką swego teścia Henninga Bauera, jednego z najbardziej wielbionych pisarzy szwedzkich, na pewno nie było łatwe.
– Ja chyba nigdy nie poczułam, że koniecznie potrzebuję zrobić sobie taki powerwalk – mruknęła Erica. – Jak sięgam pamięcią, to w ogóle nigdy nie czułam, że powinnam uprawiać jakiś sport.
Louise się zaśmiała.
– Zabawna jesteś. Przecież to jasne, że ruch ci dobrze zrobi. Człowiek nabiera energii na cały dzień!
Erica próbowała rozmawiać, jednocześnie wchodząc szybko pod górę na Galärbacken. Owinęła się mocniej swoją niebieską kurtką Helly Hansen. Louise, rzecz jasna, miała na sobie idealne ciuchy, zarówno wiatroszczelne, jak i nieprzemakające.
– Uwielbiam uczucie, które przychodzi już po fakcie, jeśli o to ci chodzi. Ale w trakcie? Nope. Nitch. Nada. Chociaż wiem, że tego potrzebuję.
Erica zatrzymała się na moment, żeby odsapnąć. Louise zwolniła kroku i spojrzała na nią.
– Szczerze mówiąc, czuję się ostatnio byle jak – ciągnęła Erica – chyba powodem jest zła dieta i długie siedzenie. Plus wiek. Nie zapominajmy o nim. Już czuję, że powoli nadchodzi menopauza. Ty tego nie czujesz?
Louise znów ruszyła.
– Jestem wprawdzie parę lat starsza od ciebie… – Louise zawahała się i przyspieszyła, mijając aptekę. – W młodości musiałam usunąć macicę. Rak. A teraz to, co kiedyś było wielkim zmartwieniem, zaczęło powoli zamieniać się w błogosławieństwo.
– Ojej, przepraszam, nie wiedziałam.
Erica skrzywiła się. Oczywiście, musiała popełnić gafę.
– Nic nie szkodzi. To nie tajemnica, chociaż rzadko o tym wspominam. „Cześć, na imię mi Louise i nie mam macicy”.
Erica zaśmiała się głośno. Właśnie to uwielbiała u Louise: jej otwartość i sarkastyczne poczucie humoru.
Poznały się przez dzieci, na placu zabaw przy Ingrid Bergmans torg. Maja od razu zaprzyjaźniła się z synem Louise, Williamem, który był od niej może rok starszy. I podczas gdy dzieci się bawiły, Erica i Louise nawiązały rozmowę. To było zeszłego lata, teraz spotykały się za każdym razem, gdy Louise przyjeżdżała z rodziną do Fjällbacki.
Erica musiała jednak przyznać przed sobą, że bardziej ceniła sobie wspólne wieczory przy winie niż nawyki Louise, aby w porę i nie w porę uprawiać marszobiegi.
– A jak się czujesz w związku z dzisiejszym wieczorem?
W tym momencie Erica pomachała Danowi, mężowi swojej siostry, który właśnie wyjechał z parkingu przed sklepem Konsum. Odmachał wesoło, wydało jej się, że chyba się lekko podśmiewa z jej marszobiegu.
– Co ci mam powiedzieć? Może być. Za jakąś godzinę przyjadą moi rodzice i będzie jak zwykle. Z drugiej strony będą mogli skorzystać z domu znajomych koło Badis, więc są zadowoleni. A jeśli chodzi o przyjęcie, to Henning mówi jedno, a Elisabeth drugie. I wszyscy wiedzą, że będzie tak, jak ona chce, jednak to zawsze ja mam zaszczyt to zakomunikować.
– Na pewno będzie fajny wieczór – zauważyła Erica.
Louise odwróciła się do niej i uśmiechnęła.
– Mówisz tak, żeby być uprzejma. „Fajny” to nie jest słowo, którego bym użyła w odniesieniu do złotego wesela. Jednakowoż jedzenie będzie smaczne, osobiście spróbowałam wszystkich dań z jadłospisu, a wino poleje się strumieniami. Dopilnowałam również, żebyście z Patrikiem mieli dobre miejsca. Patrik będzie miał ogromną przyjemność poprowadzić mnie do stołu, a twoim towarzyszem będzie mój nadzwyczaj sympatyczny mąż.
– Wspaniale – skomentowała Erica, łapiąc się za bok. Zakłuło ją.
Okrążały już górę, aby wrócić do miasteczka, i właśnie minęły stromy stok po prawej, który w latach dzieciństwa Eriki nazywano Sju guppen, czyli siedmioma wybojami, gdzie można było rozwinąć na sankach prędkość wręcz śmiertelną. Próbowała wyliczyć, ile zostało do końca trasy, i stwierdziła, że stanowczo za dużo.
Przed nią rytmicznie podskakiwał koński ogon Louise, która wyrywała do przodu bez widocznego wysiłku. Erica pochyliła się, podniosła jakiś kamień i zacisnęła na nim dłoń w nadziei, że pomoże na coraz bardziej bolesne kłucie. Pozostało tylko stwierdzić, że ćwiczenia fizyczne to rzecz nie dla niej.
– Rozmawiałeś z nią?
Tilde otworzyła szeroko piękne niebieskie oczy, jednocześnie przyłożyła do siebie mocno wydekoltowaną sukienkę.
Rickard Bauer zobaczył metkę z literami D&G, zgadywał, że kosztowała około trzydziestu, czterdziestu tysięcy. Dla Tilde nie stanowiło to powodu do zmartwienia. Czy raczej nie stanowiło aż do dziś. Gdy na karcie AmEx nagle zabrakło nieograniczonych sum do wydawania w Sztokholmie, Paryżu, Mediolanie czy Dubaju.
– Porozmawiam – odparł, nie umiejąc ukryć irytacji. Coraz bardziej drażnił go jej głos. Zawsze był taki jęczący? I dziecinny? – Nie chcę tego robić przed przyjęciem. Wiesz, jaka jest moja mama, martwi się, a ja nie chciałbym jej zepsuć tego wieczoru.
– Ojej, ale obiecujesz, że jutro porozmawiasz? Na pewno?
Wydęła wargi i wypięła biust. Właśnie wzięła prysznic i była naga, tylko włosy owinęła ręcznikiem. Rickard poczuł reakcję ciała. Fascynowało go to. Mózg mógł się denerwować, ale penis reagował na nią jak na komendę.
– Obiecuję, kochanie – odpowiedział, przewracając ją na łóżko, z którego niedawno wstali.
Krzyknęła głośno i zachichotała.
– No chodź, maleńki – powiedziała dziecinnym głosem. – Chodź, chodź.
Rickard wtulił twarz między jej duże piersi zamykające go przed światem.
Elisabeth Bauer podniosła czerwone kolczyki należące niegdyś do jej babki. Będą pasowały idealnie do sukienki, którą wybrała na kolację. Wisząca obok na wieszaku czarna, którą włoży do tańców, była wdzięczniejsza i mniej krępująca ruchy niż ta wytworna, którą włoży tylko do kolacji przy stole. YSL i Oscar de la Renta. Kupione wiosną w Paryżu, gdy z Henningiem przez parę tygodni przebywali w swoim tamtejszym mieszkaniu. Jeśli już robić zakupy na tak specjalną okazję, jaką jest złote wesele, to tylko w Paryżu.
Elisabeth odłożyła ostrożnie kolczyki do granatowego etui. Drgnęła na odgłos kolejnej kaskady, która rozprysnęła się na oknie sypialni. Dom na Skjälerö był parterowy i fale sięgały do wszystkich okien. Było to ich najbardziej minimalistyczne mieszkanie. Apartamenty w Sztokholmie, Paryżu, jak i dom w Toskanii były urządzone znacznie bardziej luksusowo. A jednak właśnie to miejsce ukochała najbardziej na świecie. Od urodzenia spędzała tu każde lato. Nazwa Skjälerö nie miała nic wspólnego z duszą1, bo wywodziła się od słowa skjäler, którym w miejscowym dialekcie nazywa się omułki jadalne. Na wyspie leżały wszędzie sterty ślicznych niebieskich muszli. Mewy upuszczały omułki z dużej wysokości, aby rozbić je o różowe granitowe skałki i dostać się do mięsistego wnętrza. Zostawały tylko skorupki jak niebieskie kleksy na surowym krajobrazie.
Wyspę kupił kiedyś jej dziadek, teraz należała do niej. Maleńkie miejsce niedaleko Fjällbacki oddziaływało na nią w niemal magiczny sposób. Wystarczyło, że tu przyjechała, a wszystkie problemy znikały. Nikt nie mógł ich tutaj niepokoić. Tu byli nie do zdobycia. Znajdowali się poza zasięgiem.
Przez wiele lat nie mieli tu nawet telefonu, jedynie krótkofalówkę, ale to było kilka dekad temu. Obecnie znajdowały się tu wszystkie współczesne wygody. Telefon, elektryczność, wi-fi i aż za wiele kanałów telewizyjnych dla dzieci. Louise i Peter byli nadto wyrozumiali dla dzieci, którym pozwalali przesiadywać godzinami przed telewizorem i patrzeć na bijące się i awanturujące kolorowe postaci. Zamiast w tym czasie czytać jakąś dobrą książkę. Postanowiła, że porozmawia z nimi o tym przy jakiejś okazji. Jednakże doradzanie dorosłym dzieciom zawsze okazywało się drażliwą sprawą. W tym przypadku szczególnie drażliwą w związku z tym, co się stało z Cecily.
Elisabeth wzdrygnęła się, odsuwając od siebie nieprzyjemną myśl, i starannie włożyła obie sukienki do pokrowców. Mogłaby poprosić o to Nancy, ale uwielbiała dotyk kosztownych tkanin w świetnych gatunkach. Nikt tak nie szyje sukni jak Oscar.
– Henning! – zawołała w stronę gabinetu, spodziewając się jedynie reakcji w postaci mruknięcia.
– Mhm – rozległo się zza zamkniętych drzwi.
– Pomyślałam, że włożysz smoking z Savile Row. Ten, który uszyli ci w zeszłym roku czy coś koło tego. Dobrze?
– Mhm – padło w odpowiedzi, a Elisabeth się uśmiechnęła.
Smoking był od dawna zapakowany i znajdował się już w bagażu, który mieli zabrać ze sobą na stały ląd. W ciągu lat małżeństwa nauczyła się jednak, że mąż powinien czuć się włączony i zapytany. Choćby decyzja już zapadła. Podpowie to Louise. Z całą życzliwością.
Kukułcze jajo
Camilla Läckberg wraca do Fjällbacki! Miasteczkiem wstrząsa wiadomość o dwóch zbrodniach. Ktoś bestialsko morduje znanego fotografa przygotowującego właśnie swoją wystawę w miejscowej galerii. Dwa dni później do strasznej zbrodni dochodzi na pobliskiej wysepce, gdzie sławny pisarz pracuje nad dziesiątym tomem swojej powieści. Obie sprawy prowadzi Patrik Hedström i jego koledz...
Spodobał Ci się fragment?
e-book · audio
e-book
e-book · audio
e-book · audio