Lizzanello (prowincja Lecce)
– Listonoszka nie żyje!
Wieści w mgnieniu oka dotarły do każdej uliczki i każdego zaułka w miasteczku.
– Akurat, żeby to jeszcze była prawda – skomentowała donna Carmela, wyglądając przez drzwi z sennym wyrazem twarzy. Czarne smugi wczorajszego tuszu do rzęs zebrały się jej w zmarszczkach poniżej oczu.
– Pokój jej duszy – oznajmiła sąsiadka z naprzeciwka, w koszuli nocnej, i przeżegnała się uroczyście.
– Mówili ludzie, że nie jest z nią dobrze – wtrąciła się kolejna z balkonu. – Już od jakiegoś czasu rzadko wychodziła z domu.
– Oskrzela, tak słyszałam – uściśliła potężna kobieta zamiatająca ganek przed domem.
– Wykończyła ją choroba listonoszy – zawyrokowała sąsiadka z balkonu. – Pamiętacie Ferruccia? On też młodo umarł.
Donna Carmela wykrzywiła się z niechęcią.
– Idę odprasować niedzielną sukienkę – rzuciła. I weszła do środka.
Nieco dalej w chacie na skraju miejskiej zabudowy, tuż przy gaju oliwnym Giovanna siedziała przy stole w kuchni. Łzy ciekły jej po twarzy prosto na pocztówkę z datą 22 maja 1936 roku. Złożyła ją na pół, wsunęła między piersi i wyszła.
Wedle ostatnich dyspozycji Anny żałobne czuwanie miało zostać zorganizowane w ogrodzie na tyłach domu pośród drzew granatu i grządek bazylii. Moździerz, przywieziony z Ligurii prawie trzydzieści lat temu, kazała umieścić obok trumny, do której poleciła włożyć dwie pary niemowlęcych skarpetek – różowe i niebieskie, oraz obrączkę Carla, bo tę Anna z uporem chciała zabrać ze sobą nasuniętą na palec ponad jej własną. By pożegnać się z życiem, niczego innego nie było jej trzeba, jak stwierdziła kilka godzin przed wydaniem z siebie ostatniego tchnienia.
Roberto kręcił się przy trumnie, palił jednego nazionale bez filtra za drugim. Jego żona Maria siedziała na wyplatanym słomą krześle odgradzającym żałobników od katafalku, ale wierciła się na nim nieustannie. Dziewięciomiesięczny brzuch ciążowy sprawiał, że pociła się ponad wszelką miarę. Jeśli urodzi się dziewczynka, zamierzała nadać jej imię Anna, jak obiecała.
Procesja mężczyzn i kobiet składających najbliższym kondolencje rozpoczęła się już o świcie. „Całe szczęście naszykowałam dość kawy w termosie” – pomyślała Maria, po raz kolejny zmieniając pozycję. W tej samej chwili do środka weszła zwarta grupka kobiet z Carmelą na przedzie – Carmela spowita była w granatową sukienkę, włosy upięte miała w kok, a na powiekach grubą czarną kreskę wyrysowaną kredką. Wypięła pierś niczym gwiazda estrady i podeszła do samej trumny, dumna i świadoma spojrzeń, które jak muszki obsiadły ją z każdej strony. Dla zmarłej – pocałunek, dla Marii – uścisk ręki, objęcie dla Roberta: po mistrzowsku odgrywała swoją rolę.
Przedstawienie skradła jej Giovanna, która weszła z impetem do środka i rzuciła się na Annę, obejmując ją i obsypując pocałunkami jej twarz tak długo, że wszyscy obecni zdawali się wyraźnie zawstydzeni.
– Z tej to zawsze była dziwaczka – wymamrotał któryś z gości.
Giovanna wreszcie się wyprostowała, wysunęła pocztówkę spomiędzy piersi, rozłożyła ją i wręczyła Robertowi, który właśnie odpalał kolejnego papierosa.
– Co to takiego? – zapytał, obracając kartonik w dłoniach.
– Przeczytaj – odparła Giovanna, ocierając oczy.
– „Serdeczne pozdrowienia” – odczytał Roberto. Skonsternowany, spojrzał pytająco na kobietę.
– Nie, nie tutaj. Widzisz? – Giovanna wskazała palcem na miejsce w prawym górnym rogu.
Roberto zorientował się, że ktoś odkleił znaczki, odsłaniając rzędy drobniutkich liter.
– To był pomysł twojej matki – wyjaśniła Giovanna łamiącym się głosem. – Tylko ona mogła na coś takiego wpaść.
Roberto zbliżył pocztówkę do oczu, z trudem usiłując odczytać miniaturowe pismo. Gdy podniósł spojrzenie na Giovannę, wyglądał na zagubionego.
– To ona poleciła mi napisać tu sekretną wiadomość dla mojego ukochanego, a później nakleiła na nią znaczki – wyjaśniła. – Korespondowaliśmy tak przez lata.
Roberto zdobył się na słaby uśmiech i podał jej pocztówkę, ale Giovanna go powstrzymała.
– Nie, chciałabym, żebyś ją zatrzymał – powiedziała z naciskiem, kładąc dłoń na jego ręce. – Na pamiątkę.
– W porządku – zgodził się Roberto. Odprowadził wzrokiem utykającą Giovannę, złożył kartonik na pół i wsunął go w boczną kieszeń marynarki. W tej samej chwili staruszka o pyzatej twarzy i gęstych siwych włosach związanych w ogon na jedną stronę podeszła do trumny i postawiła u stóp zmarłej wazon z białymi kwiatami.
„Bóg jeden wie, czy zjawi się wuj Antonio” – pomyślał Roberto, rzucając na ziemię niedopałek papierosa. Zastanawiał się, czy odczytał list.
– Zanieś go wujowi, gdy tylko odejdę z tego świata – poleciła mu matka, wręczając białą, zaklejoną kopertę.
Od tamtej nocy dziewięć lat wcześniej Anna i Antonio nie zamienili ze sobą ani słowa.
Jak zawzięta może być miłość, która z czasem ustępuje miejsca nienawiści?
Listonoszka z Apulii
Znalazłam w szufladzie wizytówkę mojej prababci Anny. Oczywiście wiedziałam, kim była, ale nie znałam jej historii. Pomyślałam, że w tej szufladzie, wśród notatek, zdjęć, dokumentów i listów, jest życie do opowiedzenia.Francesca Giannone, wywiad dla „Corriere della Sera” Włochy, lata trzydzieste.Maleńka społeczność na południu i niezależna kobieta z północy.Anna jest tam nowa i...
Spodobał Ci się fragment?
e-book · audio
e-book
e-book
e-book · audio