PROLOG
Ekran komputera się rozjaśnił i pojawiły się na nim słowa: CIESZ SIĘ. TO TWÓJ DZIEŃ OSTATNI. Jednocześnie rozległy się ponure pierwsze dźwięki Chopinowskiego Marsza żałobnego.
Cytaty powitalne algorytm wybierał losowo z dzieł filozofów pesymistów, utwór Chopina odtwarzał zawsze.
Na powitanie nie wyświetlały się ośnieżone góry, dzikie orchidee, szumiący ocean ani pofałdowane piaski pustyni. Z tła wyłaniały się po prostu nieco ciemniejsze niż ekran foldery.
Kursor przemknął pomiędzy nimi slalomem i zatrzymał się na tym zatytułowanym „Gangrena”. Po kliknięciu w niego otworzyły się kolejne podfoldery: „Mokry sponsoring”, „Zeznanie zboczeńca”, „Strzykawka z mlekiem”, „Kuta na cztery nogi”.
Kolejne kliknięcie i pole „Pokaż ukryte pliki i foldery” zaciemniło się i zostało aktywowane. Ekran zapełnił się zdjęciami i różnymi dokumentami. Wszystkie te pliki miały nazwy składające się z dat i liczby porządkowej; tylko jeden zatytułowany był banalnie: „tekst”.
Po otwarciu rozwinął się jako biały pusty prostokąt. Ani jednego słowa.
Kursor migał przez długą chwilę. A potem – wraz z cichym stukotem klawiszy – zaczęły pojawiać się wyrazy i zdania.
Zdarzyło wam się kiedyś zapomnieć o surowym jajku, które rozkładało się potem w jakiejś torbie wepchniętej w głąb szafy? Leżało tak i gniło, niekiedy wydzielało z siebie ciężki odór, czasami – lekki smrodek.
Syf nie pozwalał się łatwo znaleźć. I długo nie znikał. Nawet po odkryciu go, po wyrzuceniu i zdezynfekowaniu czuliście tę woń po nocach, prawda? Historia, którą tu opiszę, pokazuje, jak trujący może być odór, który się ciągnie za człowiekiem – ta skisła woń nie wiadomo skąd.
Wszystko zdarzyło się pięć lat temu około Wielkanocy. Kwiecień dwa tysiące dziewiętnastego roku był wyjątkowo kapryśny – niekiedy sypało śniegiem, niekiedy paliło słońce, a o poranku przymrozek denerwował kierowców skrobiących szyby.
W naszym uniwersyteckim mieście mieszkańcy oddawali się szaleństwu zakupów. Z zapałem poszukiwaczy tajemnic przeglądali ulotki wielkich sieci handlowych i szukali promocji białej kiełbasy i sześciopaków coli. Supermarkety pękały w szwach. Wesoła muzyczka drażniła kasjerów, którym wciąż brakowało drobnych do wydawania. Na zewnątrz, w parkingowej ciasnocie, trzeszczały blachy aut, gdy ocierały się zgrzytliwie o siebie i wymieniały kolorami lakierów.
Przedstawiciele klasy średniej – z wieczną nadkwasotą, wymęczeni po dzikich pretensjach klientów i po nikomu niepotrzebnych naradach – zataczali błyszczącymi SUV-ami kręgi wokół centrum w poszukiwaniu wolnego miejsca do parkowania. Nie mogli go znaleźć, nie pomagało błagalne wpatrywanie się w oczy przechodniów – może któryś z nich idzie do samochodu i zaraz wyjedzie? Ciasne uliczki wokół Rynku Staromiejskiego były blokowane przez furgonetki kurierskie z migającymi światłami awaryjnymi. Wyjechać z nich bezpiecznie to też trudność, bo z boku i z tyłu – jak duchy – pojawiali się nagle na rowerach szybcy dostawcy jedzenia.
Ci ludzie ciężko pracowali na chleb z wielkimi pudłami na plecach. Na ogół ciemnoskórzy lub rosyjskojęzyczni ostro pedałowali i rozwozili po mieście kiepskie żarcie. Wiedzieli, co ich zaraz spotka – wymówki i reklamacje, na ogół w marnej angielszczyźnie. Kurierzy nie rozumieli tych narzekań i uśmiechali się bezradnie, słysząc utyskiwania zgłodniałych po marihuanie studentów, którzy gnieździli się w klitkach peerelowskich mieszkań pomysłowo poprzedzielanych ściankami z gipsu. „Ryż, kurwa, rozmiękły, ciasto w pizzy kleiste!” Sytuacja robiła się groźna, gdy brodaci, nabuzowani amfetaminą faceci machali im rękami przed nosem i wrzeszczeli: „Ty, ciapaty, polskiego było się uczyć!”.
Tych uzależnionych od nawigacji cyklistów bronili miejscy aktywiści – chłopcy w dredach i dziewczyny w tatuażach sięgających żuchwy – którzy mazali po ścianach hasła: „Kochaj różnorodność”, „Niszcz kapitalizm”. Potem siadali w swoich skłotach i zaśmiewali się z nagranych filmików, na których policjanci obrywali od owych obrońców workami foliowymi z wodą po znienawidzonych mordach.
Skłotersi czuli się bezpiecznie. Mieli tajną broń, nieprzyjemne niespodzianki na „psiarnię” i na ogolonych na łyso napastników w glanach i w kurtkach wojskowych, usiłujących z młotkami i z maczetami zdobyć ich bastiony – przeznaczone do rozbiórki kamienice z prześmiewczymi hasłami na wywieszonych z okien prześcieradłach. Na intruzów, którzy wtargnęli w ten świat, czekały zapadnie ze zbutwiałych desek, gwoździe wystające ze schodów, strugi moczu z wiader.
Tak jest w całej Europie – wiem o tym. I u nas, i dalej. Nasze miasto nie bardzo się różni od innych, chyba że atakami na antyreligijne spektakle teatralne, przypuszczane przez starych ludzi, rozjątrzonych propagandą, z różańcami w dłoniach. Naszą specjalnością są też szturmy homoseksualistów na furgonetki z głośnikami ryczącymi o propagowaniu przez nich masturbacji. Z wyjątkiem zdjęć abortowanych płodów oraz wezwań do ogólnopolskiej modlitwy o duszę narodu i u nas, i w Europie dalszej wielkie reklamy na ulicach są do siebie bliźniaczo podobne. Na bilbordach ludzie umierają na AIDS obok napisu: „Noś nasze bluzy!”, a kobiety z kolczykami wetkniętymi w każdy spłachetek skóry całują się namiętnie pod wezwaniem: „Musisz mieć ten bioorganiczny kefir!”.
Tak, nasze miasto jest podobne do innych – spod europejskiego neonowego lukru wszędzie wybija szambo. Bulgoce ono nie tylko w skłotach, studenckich klitkach, na stadionach czy w emeryckich zagraconych kwaterach, gdzie od rana buzują telewizyjne emocje. Nie o takim złu będę pisać, ono jest przewidywalne. Łatwo można je rozbroić. Chcę pisać o prawdziwej zgniliźnie. Ona szerzy się w czasie dyskretnych spotkań w tajnych mieszkaniach, przy najdroższym winie. W bezpiecznych miejscach, gdzie wykrywacze elektroniki wykluczają podsłuch, a telefony pozostają za drzwiami. W koszykach pod czujnym okiem ochroniarzy.
A może przesadzam? Kogo obchodzą cwani biznesmeni? Może raczej pisać o dobrych gościnnych ludziach, o ich kochanych dzieciach i o psiakach o mądrych oczach? Nie. Niech inni piszą nieważne teksty o kwiatach w podmiejskich ogrodach. Nie. Mnie interesuje gnicie tego miasta, dla mnie najciekawsza jest gangrena.
I dwie kobiety – Małgorzata i Ewa – które tę chorobę chciały wypalić. Były absolwentkami prawa, najbliższymi przyjaciółkami z jednego roku. Ponieważ pierwsze litery ich nazwisk – Drewnowska i Skoczek – są alfabetycznie odległe, zapisano je na początku roku akademickiego na zajęcia do różnych grup. Połączył je lektorat języka francuskiego – nieliczni studenci uczący się wcześniej tego języka w liceum trafili pod skrzydła tej samej lektorki. Tam się spotkały. Przyjaźń, która je połączyła, była jak eksplozja dobra i zaufania. Po miesiącu Ewa złożyła podanie o przeniesienie do grupy ćwiczeniowej, w której była przyjaciółka. Od tego momentu wszystkie zajęcia kierunkowe miały wspólne.
Pod koniec studiów ich drogi życiowe się rozeszły. Drewnowska ukończyła prawo w terminie, Skoczek w wieku dwudziestu dwóch lat zaszła w ciążę, urodziła córkę, a dyplom zdobyła dwa lata później. Gośka została wziętą adwokatką, Ewa – najpierw policjantką, potem prywatną detektyw, którą jest do dziś (nie znosi feminatywu „detektywka”, bo kojarzy się jej z „pozytywką”, czyli z nakręcanym automatem wygrywającym zawsze te same melodie). Gośka Drewnowska to kobieta potężnej postury, silna jak niedźwiedzica i wybuchowa jak letnia burza. Budzi respekt i niechęć. Z uśmiechem zwyciężczyni depcze przeciwności losu. Śpi kamiennym snem. Ewa Skoczek – małomówna, zdecydowana i spokojna – cieszy się sympatią i zaufaniem. Cierpi na bezsenność – jak wielu mieszkańców dużych miast.
Może od tej bezsenności Ewy zacząć?
Kursor zatrzymał się i zaczął migać. Migał bardzo długo. Przez całe minuty.
Ktoś najwyraźniej stracił wątek.
Ostra
Wszechobecne zło, niesłabnące napięcie i brutalna prawda Mistrz Marek Krajewski zaskakuje w brawurowej współczesnej odsłonie Bliżej nie zidentyfikowane wielkie miasto nad rzeką Siecznicą nocami upaja się alkoholem i tonie w narkotykowej mgle. Króluje korupcja, a bezpieczny jest tylko ten, kto stoi ponad prawem. Kiedy w pożarze na jednym z osiedli ginie podpalacz – bezrobotny a...
Spodobał Ci się fragment?
e-book
e-book · audio
e-book
e-book