1
Śródmieście Północne, Warszawa
Dziennikarka Patrycja Dobska miała serce gołębia i krok nosorożca. Chadzała głośno i powoli, jakby próbowała powiedzieć wszystkim wokół, że to oni powinni się jej bać, nie odwrotnie.
Nigdy jednak nie szła po trupach. Składała się z wielkich ambicji, ale także braku determinacji, by realizować je za wszelką cenę. Sprawiało to, że nie nadawała się do mediów, eliminowało ją bowiem z dzikiego, bezwzględnego wyścigu po najbardziej eksponowane stołki w NSI. Sądziła, że spędzi całe życie najwyżej jako reporterka, relacjonując stłuczki na Marszałkowskiej, protesty na Krakowskim Przedmieściu i pochody na rondzie Dmowskiego.
Niegotowa była wyszukać brudów na koleżankę prowadzącą wieczorne Wieści, nie miała w zwyczaju nagrywać pijanych kolegów, których ręce podczas imprez służbowych zaczynały żyć własnym, frywolnym życiem. Chciała uprawiać dziennikarstwo, opowiadać ludzkie historie, być prawdziwym pazurem czwartej władzy. Nie zamierzała jednak łamać sobie przy tym kręgosłupa moralnego.
W końcu jej się powiodło. Zasłużyła na to ciężką pracą, licznymi poświęceniami i latami zwykłej reporterskiej orki, rzadko docenianej przez przełożonych i tylko czasem przez widzów.
W kluczowym momencie wzięła sprawy w swoje ręce. Kiedy tylko usłyszała, że NSI przygotowuje program interwencyjny na miarę Magazynu Kryminalnego 997 lub Sprawy dla reportera TVP z najlepszych lat, który miał konkurować z Uwagą! TVN czy Interwencją na Polsacie, zabrała się do roboty.
Temat na nią czekał. Od lat interesowała się zaginięciem pewnej dwudziestoletniej dziewczyny, które nie dawało jej spokoju.
Wiktoria Jucka przepadła bez śladu nocą, właściwie już nad ranem, w miejscu, gdzie teoretycznie nie powinno to być możliwe. Stolica dużego europejskiego kraju, wszędzie stacje bazowe namierzające ruch każdego, kto ma w kieszeni lub w torebce telefon komórkowy. W dodatku kamera monitoringu na stacji benzynowej wymierzona praktycznie w dziewczynę, śledząca każdy jej ruch.
Mimo to Wiktoria Jucka w jakiś sposób zniknęła. Nikt nic nie widział, nikt nie miał żadnych informacji. Wiadomo było tylko tyle, że po imprezie u jednego ze znajomych dziewczyna wracała do domu sama.
Nigdy do niego nie dotarła. A wraz z nią zniknęło także dotychczasowe życie jej bliskich.
Spełniała wszystkie wymogi zainteresowania opinii publicznej. Młoda, piękna, w trakcie studiów. Marzyła o tym, by zostać aktorką. Zaginięcia takich osób zawsze trafiały na czołówki gazet i portali informacyjnych, tym razem nie było inaczej.
Cała Polska chciała odnaleźć Wiktorię Jucką. Cała Polska chciała wiedzieć, co się stało.
Wisłę przeszukano wzdłuż i wszerz, trafiono właściwie na wszystko, tylko nie na ślady po dziewczynie. Przesłuchano znajomych, którzy byli z nią tamtej nocy. Prześwietlono jej przeszłość, sprawdzono każdy trop, każdy potencjalny punkt zapalny w życiu. Na próżno. Nikt nie znalazł poszlaki, która mogłaby rzucić światło na to, co stało się z Wiktorią Jucką.
Przyjaciele mieli alibi, wszyscy zostali razem, kiedy dziewczyna postanowiła wrócić do domu. Nie wezwała taksówki, nie zamówiła ubera. Nikt za nią nie szedł.
Miała niedaleko, raptem niecałe tysiąc pięćset metrów. Nic nie powinno się wydarzyć. A jednak w pewnym momencie się wydarzyło.
Patrycja była wręcz obsesyjnie zainteresowana sprawą, latami przyglądała się wszystkiemu, co się wokół niej działo. Zbadała każdy strzępek informacji, notowała w pamięci najmniejszy detal, który mógł okazać się przydatny.
I wreszcie jeden z nich okazał się kluczowy.
Piosenka na antenie radia. Początkowo jawiła się Dobskiej jako marny trop, ledwie wynik myślenia życzeniowego. Wystarczyła jednak, by wprawić w ruch coś, czego nie dało się już zatrzymać.
Patrycja podążyła tym tropem. Zaczęła odkrywać fakty, które nie mieściły się jej w głowie, nie miały racji bytu. To, co znalazła, przeszło jej najśmielsze przypuszczenia.
Wiedziała, że ma temat życia.
Poszła z nim do NSI i oznajmiła, że jeśli chcą wystartować z Raportem tak, by już od pierwszego odcinka wszyscy o nim mówili, powinni zrobić z niej prowadzącą. Przedstawiła tylko tyle, ile musiała, by ich zainteresować zaginięciem Wiktorii Juckiej.
Wystarczyło. Szefostwo stacji szybko utwierdziło się w przekonaniu, że los się do nich uśmiechnął. Patrycja podała im na tacy rozwiązanie sprawy, której od dekady nie mógł rozwikłać nikt inny.
Teraz była już na ostatniej prostej, by wszystko domknąć. Miała genialny materiał, miała nośną platformę. Potrzebowała tylko kilku elementów, by układanka jej rodzącej się kariery stała się kompletna.
Dzisiejszej nocy je zebrała.
Chód nosorożca przybierał na sile w chwilach takich jak ta, kiedy Patrycja lekko wstawiona kierowała się ku swojemu samochodowi, czekającemu na nią na niewielkim parkingu przy Zgodzie.
Wracała z kluczowego spotkania, dzięki któremu uzyskała wszystko to, czego jej brakowało. Uzupełniła luki, wypełniła miejsca, gdzie cała historia mogła z czasem popękać.
Od człowieka, z którym spędziła ostatnich parę godzin w jednej z okolicznych knajp, dostała dokładnie to, czego potrzebowała. Także tytuł dla pierwszego odcinka Raportu NSI, po którym nic już nie będzie takie samo.
„Boreasz”.
Idąc do auta, myślała już jedynie o reperkusjach tego, co stanie się po emisji materiału. Konsekwencje będą dla niej daleko idące. Z pewnością narazi się ludziom, którym nikt nie chciałby podpaść. Sprowadzi na siebie niebezpieczeństwo, którego każdy zdrowy na umyśle człowiek wolałby uniknąć.
W zamian jednak otrzyma to, na co tyle lat pracowała. Swoje miejsce w mediach. Własny program, który będzie mogła kształtować tak, jak zawsze o tym marzyła.
Cena, jaką zapłaci, będzie wysoka, ale do zaakceptowania. W dodatku wreszcie ujawni to, co do tej pory chowano za grubą kotarą zmowy milczenia.
Parking był już niemal pusty, imprezowicze z Palladium i innych nocnych klubów w okolicy raczej nie przyjeżdżali samochodami. Właściwie ona też powinna była skorzystać z taksówki, wiedziała, że w trakcie rozmowy trochę wypije. Dotarcie tu jednak swoim samochodem dawało jej poczucie kontroli, którego potrzebowała.
Towarzyszyło jej przez cały wieczór, ale teraz zniknęło. Szła szybkim, nerwowym krokiem, mając wrażenie, że owiane nocnym mrokiem ulice są puste tylko pozornie, a w każdym zaułku czyha jakieś zagrożenie.
Nie było to tak absurdalne, jak chciałaby wierzyć. W okolicy znajdowało się sporo przybytków otwartych do samego rana, w których piło się na umór, a bliskość placu Defilad i Marszałkowskiej sprawiała, że w mniejszych uliczkach kłębiło się mnóstwo przyjezdnych. Część z nich zjawiała się w Warszawie jedynie po to, by porządnie się wstawić i nawoływać kłopotów aż do momentu, kiedy te odpowiedzą.
Niby centrum miasta, ale ilekroć była tu późnym wieczorem lub nocą, miała wrażenie, jakby znajdowała się w jednej z najniebezpieczniejszych dzielnic.
Zdjęła z ramienia torebkę i zaczęła szukać kluczyka. Jak zawsze zaplątał się gdzieś, gdzie nie powinien, choć wyraźnie pamiętała, że wrzuciła go do niewielkiej kieszonki na górze. Komórka, dyktafon, szminka, pęk kluczy, dwa tampony, puder, wszystko, tylko nie to, czego potrzeba.
Zatrzymała się przy samochodzie i położyła torebkę na masce.
– Pomóc pani? – rozległo się pytanie zza jej pleców.
Raptownie się obróciła, jakby za sprawą nieznanego głosu poraził ją prąd. Zobaczyła młodego mężczyznę w obcisłej koszulce, który powoli zmierzał w jej stronę. Siłownia z pewnością trzy razy w tygodniu, potem dwa dni na rozpustę, zamiana sztangi na kufel piwa.
– Nie trzeba, dziękuję – odparła czym prędzej, zupełnie jakby szybkość udzielenia odpowiedzi mogła sprawić, że ten człowiek już na wstępie straci nią zainteresowanie.
– A wygląda pani, jakby coś zgubiła. Może pomogę szukać?
– Naprawdę nie ma potrzeby.
Zatrzymał się obok niej i lekko się uśmiechnął.
Nie robił niepokojącego wrażenia, mimo to poczuła się nieswojo. Znajdowali się tu sami, w okolicy nie było słychać innych głosów, kroków, żadnych oznak, że ktoś kręci się nieopodal.
– Coś pani wypadło z torebki?
– Nie.
– Mogę poświecić latarką.
– Poradzę sobie.
– To żaden problem, zaraz…
– Powiedziałam: poradzę sobie.
Nadzieja, że nie zabrzmiało to nieuprzejmie, prysła tak szybko, jak się pojawiła.
– Ale po co od razu z pyskiem? – rzucił nieznajomy.
Patrycja przez moment wmawiała sobie, że się przesłyszała. Że nie powiedział tego jakiś obcy mężczyzna w środku nocy, w miejscu, gdzie nie ma nikogo, kto mógłby w razie czego zainterweniować.
– Chciałem normalnie pomóc – dodał nieznajomy. – Po chuj ta opryskliwość?
Dobska zastygła w bezruchu, zupełnie jakby powodował nią ten sam instynkt, który każe niektórym zwierzętom zamierać w sytuacji zagrożenia.
– Pytam cię, kurwa, o coś – syknął mężczyzna.
Zanim się zorientowała, złapał ją za ramię i mocno przyciągnął do siebie. Ręka wysunęła jej się z torebki, przez co ta spadła na ulicę, a jej zawartość rozsypała się wokół.
Patrycja miała tylko ułamek sekundy, by krzyknąć.
Okazało się to niewystarczającym czasem.
Mężczyzna zacisnął dłoń na jej ustach, jednocześnie robiąc niewielki zamach nogą. Trafił ją pod kolanem, a ona poczuła, że traci równowagę. Od razu to wykorzystał, z impetem sprowadzając ją na ziemię.
Uderzyła o chodnik, wydała cichy jęk, ale nie zdążyła zrobić nic więcej. Napastnik przywalił ją ciężarem ciała i niemal od razu zacisnął ręce na jej szyi.
– Nie szamocz się – rzucił.
Próbowała wezwać pomoc, zapobiec temu, co miało się wydarzyć, ale na próżno.
– Nie krzycz, to przeżyjesz.
Zawsze sądziła, że gdyby spotkał ją taki horror, zdołałaby odeprzeć napastnika. Jakoś by go z siebie zrzuciła. Waliłaby rękami i nogami na oślep, robiłaby wszystko, by nie pozwolić mu na to, co zamierzał.
Teraz była jednak jak sparaliżowana. Nie potrafiła się poruszyć, nie wiedziała nawet, czy nadal jest obecna w swoim ciele.
Przestała rozumieć, co się dzieje.
Przestała rejestrować zdarzenia.
Jego ręka na jej ustach, druga na szyi. Palce zsuwające się niżej. Jej drżące ciało, fala bólu, który rozchodził się nie wiadomo skąd.
Przebłysk świadomości pozwolił jej zrozumieć, że zaraz poczuje ręce tego człowieka na piersiach. Potem w okolicach pasa. Podciągnie jej bluzkę, rozepnie spodnie, zerwie z niej bieliznę. Zrobi coś, co pozostawi ją zniszczoną do końca życia.
W tym krótkim przebłysku dotarły do niej kolejne słowa, które napastnik wypowiadał jej prosto do ucha.
„Z wyrazami uznania od Boreasza”.
Ogarnął ją upiorny paraliż. Nie biła na oślep, nie młóciła agresora z całych sił pięściami. Leżała przygnieciona nie tyle ciężarem jego ciała, ile własnym przerażeniem.
Chciała błagać, by przestał, nim nie było jeszcze za późno. Chciała apelować do jego człowieczeństwa, prosić, żeby zostawił ją w spokoju, przecież nic mu nie zrobiła, nie zasłużyła na to, a on nie może tak po prostu odebrać tego, czego nikt nigdy jej nie zwróci.
Nie wypowiedziała ani słowa.
Nie zdążyła.
Mężczyzna bowiem uniósł jej głowę, a potem z całej siły uderzył nią o chodnik. Zrobił to raz, drugi i trzeci. Na moment przerwał i nasłuchiwał. Oddechu Patrycji Dobskiej, ale także dźwięków świadczących o tym, że ktoś w okolicy usłyszał szarpaninę.
Później przyłożył palce do tętnicy szyjnej. Czekał.
Brak pulsu.
Dokończył szybko to, co rozpoczął, następnie wyczyścił ślady. Podniósł się ostrożnie, wodząc wzrokiem dookoła.
Pozostała mu jeszcze najważniejsza rzecz do zrobienia.
Z samochodu dziennikarki zabrał laptopa, z torebki zaś dyktafon. Potem skierował się ku Marszałkowskiej.
Wykonał zadanie.
Piekło jest puste
Po latach pracy w stacji NSI Patrycja Dobska w końcu dostała własny program interwencyjny, w dodatku trafiła na temat życia. Dekadę po zaginięciu pewnej dziewczyny, którym niegdyś żyła cała Polska, dziennikarka dotarła do informacji rzucających zupełnie nowe światło na sprawę. Odkryła, że co roku na antenie publicznej rozgłośni matce zaginionej dedykowane są ulubione piosenki c...
Spodobał Ci się fragment?
e-book · audio
e-book · audio
e-book · audio
e-book · audio