Rozdział 1
Tamtego lata, kiedy poznałam Panią Myōko, prowadziłam kurs języka polskiego dla średnio zaawansowanych. Szkoła była nowa i nazywała się Polish Babel. Zanim zaczęłam tam pracować, zwolniono mnie z Polish Is Easy. W podaniu o pracę, jakie rozesłałam do kilku szkół, w rubryce umiejętności zawodowe wpisałam znajomość polskiego i angielskiego. Oferowałam pełną dyspozycyjność, bo nic innego nie miałam do roboty. Ani nic innego do dodania. Nie czułam się ani kreatywna, ani gotowa do podjęcia nowych wyzwań. Nie widziałam w sobie także najmniejszej chęci, by stać się częścią młodego dynamicznego zespołu. Tylko z Polish Babel odpowiedziano na moje zgłoszenie. Pracodawczynią okazała się mała pulchna kobieta w kłujących szpilkach i obcisłej sukience.
– Polish Babel oferuje nie tylko dobre warunki pracy, ale także wspaniałe perspektywy rozwoju osobistego. Mam nadzieję, że to dla pani szczególnie interesujące? – Jej oczy były szare i głodne. Źrenice jak otwory gębowe.
Mogłam wspomnieć, że w ostatniej szkole szczególnie interesujące wydawało mi się to, iż każdy z uczniów przypominał jakieś zwierzę. Ja nie przypominałam niczego. Z lustra wypływał rekin ludojad i jednym kłapnięciem pożerał moje oblicze. Może da się to określić jako krok w rozwoju osobistym. Przygody z żarłaczami zaczęły się, kiedy straciłam chłopaka.
Wchodziłam do sali i zamiast ludzi widziałam stado hybryd o człowieczych ciałach i zwierzęcych głowach. Uczyłam wtedy angielskiego w Polish Is Easy i miałam w grupie aż dwanaścioro rozwydrzonych nastolatków wysłanych przez rodziców na przymusowe dokształcanie przed maturą. Byli niespokojni i nadpobudliwi. Wstrząsały nimi jakieś wewnętrzne wybuchy. Rosłe dziewczyny przytłaczały delikatnych przygarbionych młodzieńców. Najbardziej przypominali mi hieny cętkowane, bardzo ciekawe drapieżne zwierzęta żyjące w grupach matriarchalnych.
Próbowałam zmienić swoje nastawienie w Polish Babel, ale w nowej pracy nadal widziałam w ludziach zwierzęta. Odmiana w mojej zaburzonej percepcji polegała na tym, że teraz stado było bardziej zróżnicowane. Miałam w grupie siedmiu dorosłych uczniów. Ahmed, Matthew, Jori, Marija, Vincent, Mark i Pani Myōko. Czyli szop pracz, kangur, gazela, świnka morska, żuraw koroniasty, guziec i lisica. Szop pracz zdążył powiedzieć tylko „Dzień dobry. Jestem Ahmed z Tunezji. Dziękuję bardzo”. I po pierwszej lekcji więcej się nie pojawił. W mojej pamięci obraz szopa pracza rozpłynął się jak smuga mgły. Najdłużej trwały jego łapy o palcach długich i ruchliwych jak u mojej matki. Prawdopodobnie znałam więcej gatunków zwierząt niż przeciętny mieszkaniec miasta. Od dzieciństwa lubiłam programy przyrodnicze. Fascynowały mnie zwłaszcza stworzenia małe i rzadkie, chociaż inne też przykuwały moją uwagę. Czułam się jednak niezręcznie, ucząc je polskiego dla średnio zaawansowanych.
Dostałam do użytku podręcznik napisany przez kogoś, kto dziwnie wyobrażał sobie konwersacje cudzoziemców. Na przykład lekcja trzecia nosiła tytuł „Czy jesteś instruktorem tanga?”. W zakresie komunikacji dotyczyła takich kwestii jak: „kim jesteś z zawodu?”, „czym się interesujesz?”, „ile masz lat?”. Temat główny stanowiły zawody i zainteresowania. Gramatyczne zagadnienia, jakie miałam wpoić uczniom, to: narzędnik liczby pojedynczej, liczebniki od dwudziestu do stu i formy takie jak rok, lata. Wśród nowych słów znajdowały się między innymi: gospodyni domowa, instruktor tanga, lekarz, spawacz, pół, pisarz i oscypek. Nie zdołałam się domyślić, co robił w tym kontekście oscypek. Żaden z moich uczniów nie znalazł okazji, by użyć tego słowa. O wiele bardziej na miejscu byłoby przy lekcji o potrawach regionalnych. „Czy lubisz pierogi?” „Lubię pierogi z kapustą, ale wolę oscypek”. Nikt z moich uczniów nie był także instruktorem tanga ani spawaczem.
– Kto to jest? – pytałam, wskazując na żurawia koroniastego.
Świnka morska odpowiadała:
– To jest Vincent.
– Skąd on jest?
– On jest z Paryżu.
– Z Paryża – poprawiałam. – Czy on jest instruktorem tanga?
– Nie, on jest sipkiem.
– Skrzypkiem.
A potem na odwrót.
– Kto to jest?
– To jest Marija.
– Skąd ona jest?
– Ona jest z Serbia.
– Z Serbii.
– Kim ona jest z zawodu?
– Ona jest lekahrką.
– Lekarką – poprawiałam francuską wymowę żurawia koroniastego.
– Kto to jest?
– To jest Pani Myōko.
– Czy ona jest lekarką?
– Nie, ona jest podróżniczką.
Przyjęliśmy młodzieżową konwencję zwracania się do siebie na ty. Jednak Myōko pozostała dla nas Panią Myōko. Czuliśmy przed nią respekt związany nie z wiekiem, lecz z otaczającą ją szczególną aurą. Delikatnym lśnieniem.
Pani Myōko odznaczała się dystynkcją i spokojem. Nie znałam i do dziś nie znam jej wieku. Czasem wydawało mi się, że jest dużo starsza ode mnie. Czasem promieniowała młodością. Jej skóra była gładka i bardzo jasna. Czarne włosy upięte w luźny węzeł na karku. Lubiłam na nią patrzeć. Pani Myōko błyskawicznie uczyła się nowych słów. Polska gramatyka przychodziła jej nad podziw łatwo. Cieszyło ją, że można zmieniać kolejność części zdania. Fascynowały ją zdrobnienia i możliwość tworzenia neologizmów. Nigdy przedtem nie spotkałam kogoś tak obdarowanego. Z dnia na dzień robiła duże postępy. Język wsiąkał w nią i zostawał. Lubiłam słuchać Pani Myōko. Jej wymowa miała w sobie osobliwą melodyjność. Do każdej spółgłoski dodawała dźwiękowy cień samogłoski. Jej język nie mógł znieść samotności p czy d. Podróżniczka w jej ustach zmieniała się w „podurużuniczukę”. R wychodziło spomiędzy warg Pani Myōko wygładzone, pozbawione zadr i bliskie l. Pierwszy raz od dawna potrafiłam skupić się na kimś i wsłuchać w niego z uwagą. Być dokładnie tu, gdzie trzeba. Patrzenie na Panią Myōko przypominało podziwianie pejzażu. Pełnego spokoju ogrodu. Górskiego jeziora. Alpejskiej łąki. Pragnęłam, by to trwało. Nadawała mojemu życiu pozór sensu i dyscyplinę.
Letni intensywny kurs języka polskiego dla średnio zaawansowanych odbywał się w mieszkaniu wynajętym w starej kamienicy w śródmieściu. Jej część reprezentacyjna została już odnowiona, ale oficyna, do której wchodziło się przez wilgotną gardziel domu, raziła wieloletnim zaniedbaniem. Spotykaliśmy się cztery razy w tygodniu na trzy godziny. Niestety po miesiącu okazało się, że właścicielka Polish Babel znikła. Razem z nią przepadły pieniądze na czynsz i wypłaty dla nauczycieli. Któregoś upalnego dnia zastaliśmy zamknięte drzwi z informacją od komornika. Uczniowie z mojej grupy byli oburzeni, a ich gniew skupił się na mnie.
Wtedy Pani Myōko poprosiła o prywatne lekcje. Chciała spotykać się codziennie. Swoim pełnym dystynkcji tonem zaoferowała mi godną zapłatę. Jak zawsze kłaniając się leciutko.
– Barudzo puroszę, sensei. – Samogłoska na końcu japońskiego słowa zabrzmiała jak świeżo wykluta.
Miano sensei brzmiało poważniej niż nauczycielka, którą byłam. Wydawało mi się dziwne, że Pani Myōko tak zależy na nauce języka polskiego akurat ze mną. W stolicy bez problemu znalazłaby porządną szkołę, a ja sama na pewno nie byłam najciekawszą osobą, jaką mogła tu spotkać. To ona mnie wyświadczała przysługę, nie ja jej. Nie miałam jednak innych planów ani nic lepszego do roboty. Nad opustoszałym miastem kisił się upał. Moje noce były długie i samotne. Wyliczałam imiona małych rzadkich zwierząt, by móc zasnąć, ale nigdy nie udawało mi się to przed świtem. Tego lata czułam się jak rozbita filiżanka. Skorupy grzechoczące w worku. Nie byłam nawet pewna, czy zawierał wszystkie części. Czasem nie starczało mi odwagi, by zajrzeć rano do lodówki, a co dopiero w głąb siebie. Zgodziłam się więc udzielać lekcji Pani Myōko.
Purezento
Kiedy drzwi zamknęły się za jej chłopakiem, nie wiedziała, że widzi go po raz ostatni. Kiedy zaczęła uczyć polskiego Panią Myōko nie przypuszczała, że dzięki niej wyruszy w daleką podróż. Kiedy po raz pierwszy spotkała Mistrza Myō, nie sądziła, że jej życie na nowo nabierze sensu. Kiedy na jej drodze stanął mężczyzna ze znamieniem w kształcie oliwki na plecach, nie spodziewała...
Spodobał Ci się fragment?
e-book · audio
e-book · audio
e-book · audio
e-book